Breaking Bad S05E01 – S05E08

Mam problem z tym serialem. Wiem, że jest genialny, gdy zapuszczę sobie odcinek wciąga mnie niemiłosiernie i z chęcią dowiedziałbym się co dalej ALE muszę się zmuszać do włączania kolejnych epizodów. Pewnie dlatego, że lubię seriale lekkie i przyjemne gdzie nie trzeba dużo myśleć, a główny nacisk jest położony na rozrywkę. Z Breaking Bad jest inaczej. To serial inteligenty, ciężki mimo że czasem potrafi rozbawić. To serial męczący widza, zmuszający do wysiłku intelektualnego i uważnego oglądania. To serial budzący emocje, najczęściej negatywne. Nie odczucia po odcinku, a raczej złość na bohaterów za to że są tacy ludzcy i mają tyle negatywnych cech, za ten brutalny realizm. To serial skomplikowany, trudny i genialny. I takie też było osiem odcinków finałowego sezonu.

Pilotażowy odcinek nowej serii zaczyna się zaskakująco. Spotykamy Walta na jakiś odludzi, zaniedbanego i z włosami. Widać, że coś jest nie tak. Co tam robi? Kupuję broń. Dużego kalibru. Po co mu ona? Nie wiadomo. Zapewne jest to zapowiedź finału. Widać, że twórca serialu ma już pomysł jak zakończy się ta historia i teraz bawi się tylko z nami bo nie licząc tego krótkiego prologu więcej flashforwardów nie było. Widzieliśmy za to kolejny stopień ewolucji bohatera. Ciąg dalszy jego upadku moralnego, degeneracje wartości moralnych i zatracanie się w narko biznesie. Może i Jesse w pierwszych sezonach był ćpunem, ale Walt stał się nim właśnie teraz. Opętała go żądzą pieniądza. Kiedyś miał zarobić tylko na dzieci teraz robi to bo lubi gotować. Oczywiście odbija się to na jego bliskich, a on nie widzi w tym problemu. Bo to zapatrzony w siebie dupek kierujący się pokręconą moralnością Kaliego z W  pustyni i w puszczy . Tak, Walter White to największy dupek w świecie seriali. I to jest akurat łagodne określenie w stosunku do jego osoby. Dawno nie żywiłem do żadnej z fikcyjnych postaci takiej antypatii, a w tych ośmiu epizodach osiągnęła ona punkt krytyczny przez co niemal 3 tygodnie odkładałem obejrzenie ostatniego odcinka. Nie traktuje tego jako minus, nie ma o tym nawet mowy. To jest jeden z tych gigantycznych plusów jakich w kalejdoskopie tego serialu są dziesiątki. Bo jaki inny serial wzbudza tyle emocji i zmusza do nienawidzenia głównego bohatera? Tego, który w jednej scenie mówi że koniec z zabijaniem by za kilka minut pociągnąć za spust, a to tylko jedno małe dokonanie z dziesiątek innych poważniejszych grzechów. O Walterze Whicie można by napisać oddzielny felieton, ba nie zdziwiłbym się gdyby ktoś na psychologii postanowił napisać pracę dyplomową zainspirowaną postacią graną przez Bryna Cranstona bo jest to jedna z najciekawszych serialowych postaci tej dekady, a jej studium psychologiczne samą złożonością przypomina mi Raskolnikowa z Zbrodni i Kary Dostojewskiego. I mimo, że ciężko mi się włącza kolejne odcinki chcę wiedzieć jak on skończy. Chcę mu spojrzeć w oczy jak będzie umierał, najlepiej na skutek przedawkowania swoich niebieskich kryształów, opuszczony przez rodzinę, bez przyjaciół i nadziei. Gdy będzie wiedział że poniósł porażkę. Ponieważ nie ma dla niego ratunku. Chyba, że Vince Gilligan będzie taki okrutny i pozwoli mu przeżyć i zabiję np. Jessego.

Jessego, który w tych kilku odcinkach również ewoluował. Niby ćpun, a jest równie złożoną postacią co niedoszły milioner i były nauczyciel chemii w jednym. Nie raz na przestrzeni całego serialu pokazał, że mimo swojego uzależnienia i problemów w liceum jest inteligentny. Również w tych kilku odcinkach zabłysnął kilkoma doskonałymi pomysłami. Gdyby nie ona z pewnością Walt miałby dużo większe problemy. Szczególnie teraz ciekawie wygląda porównaniu tych dwóch postaci. Pochodzą z dwóch różnych światów i niby są ich modelowymi produktami – wzorowy ojciec i wyrzutek społeczny. Paradoksalnie to ten drugi ma większe wyrzuty sumienie po morderstwie, to on często wyznacza granice, których nie powinni przekraczać i to on ma dość zabijania. On jest postacią bardziej współczującą i przeżywającą kolejne wydarzenia. Nie liczy się kim człowiek jest, ale do czego jest zdolny w sytuacjach ekstremalnych. Podobało mi się też jak bardzo na Pinkmanie odbiły się wydarzenia tych kilku odcinków. Tak bardzo, że porzucił resztki swojej naiwności i ostatecznie przestał ufać Waltowi. To też on postanowił coś na co Walt nie mógł się zdobyć. Może to świadczyć o jego sile charakteru i pokazaniu, że to koniec manipulowania nim. W moim osobistym odczuciu Jesse dostał mniej scen niż ostatnio, a to jego wole oglądać niż pana W.W.

Inne postacie również błyszczały. Szczególnie Mike, który otrzymał nawet swój własny odcinek gdzie wydarzenia oglądaliśmy z jego perspektywy. Uświadomiło nam to jaki Walter jest malutki i niedoświadczony i jak bardzo jego zapędy imperialistyczne są śmieszne. Poznaliśmy też Mike i jeszcze bardziej z nim sympatyzowaliśmy mimo tego że nie waha się on pociągnąć za spust. Spotkaliśmy jego rodzinę i dowiedzieliśmy się o motywach nim kierujących. Wszedł on też w niechciany sojusz z Walterem. I jak każda znajomość Haisenberga również i ta okazała się toksyczna czego wynikiem była jedna z najbardziej niezapomnianych scen w serialu.

Wyjątkowo ciekawie prezentowały się relację państwa Whiteów i nie raz miałem ciarki na plecach jak oglądałem tą parę. Wszystko to z powodu Waltera, który trochę przypominał socjopatę. Nie zdawał, lub nie chciał zdać sobie sprawy że przyczyną problemów w ich małżeństwie jest on. Szczególnie dobitnie widać to w scenie gdy mówi on do Skylar „Wybaczam ci”, a ona siedzi przestraszona bojąc się jego wybuchu. Wzrost napięcia między tą dwójką doprowadził do jej załamania nerwowego. Oczywiście Walter opowiedział Schraderą piękną historyjkę jakby było to konsekwencją jej romansu z Tedem. Kolejny raz wykorzystał bliskich by zapewnić sobie przykrywkę. Na skutek czego doprowadziło to do kolejnego kryzysu w rodzinie, który oglądało się równie ciekawie co historię narkotykową.

Hank dostał awans, ale dalej jest pochłonięty sprawą niebieskiej mety. Kolejny ciekawy przykład uzależnienia w tym serialu… Dalej jest to ta sama postać co w poprzednich seriach, czująca gorycz porażki i niemożność złapania Haisenberga. Mimo że odnosi zwycięstwo i w oczach społeczeństwa Gus Fring okazuje się złym gościem tak wciąż nie może doprowadzić niektórych spraw do końca. Nieświadomie pomaga swojemu nemezis, a tamten niemiłosiernie go wykorzystuje. Jednak w tym ciemnym tunele jest jasne światełko. Tylko czy Hank będzie chciał z tego skorzystać? Czy prawda nie okaże się zbyt bolesna by ją poznać? Czy dobro jest w stanie pokonać zło i czy to dobra okaże się najlepszą możliwą drogą?

Trochę się rozczarowałem bo Marie znowu dostałą mało czasu antenowego. Należy do nie licznej grupy osób, które ją autentycznie lubię. Sam w sumie nie wiem czemu bo jej zachowanie jest irytujące. Buzia się jej nie zamyka i ględzi o wszystkim, wszystko wie najlepiej i wszystkich poucza. Również Saul był na uboczu, jak zwykle dostał kilka scen, które dzięki jego charyzmie wyszły jeszcze lepiej. Jednak w ostatecznym rozrachunku nie odegrał on większej roli. To był sezon Waltera White i inne postacie musiały zostać odsunięte na dalszy plan. Obecnie są one tylko narzędziami służącymi do wyeksponowania jego charakteru.

Zaletą Breaking Bad, o której wiemy praktycznie od początku istnienia serialu jest umiejętność wykreowania wyrazistych postaci, które pojawiają się często tylko w jednej scenie. Każda z nich posiada nieodparty urok, widać że posiada własne życie, często jest też tylko ozdobnikiem mającym dodać trochę czarnego humoru. Jednak tak czy inaczej to postacie takie jak Gida dopełniają genialność tego serialu.

Pisząc o Breaking Bad grzechem byłoby pominięcie strony technicznej tej produkcji. Dalej mamy niesamowity montaż, który charakteryzuje się wyczuciem estetki. Sceny są idealnie zgrane, nie ma się wrażenia, że historia niepotrzebnie skacze między postaciami, wszystko jest na swoim miejscu. Od czasu do czasu jesteśmy karmieni takimi smakołykami jak klasyczne dla tego serialu teledyskowe sceny z dajmy na to gotowania. Wszystko to jest okraszone idealnie dobraną muzyką czasem na zasadzie sprzeczności. W dalszym ciągu operator bawi się kamerą umieszczając ją pod różnymi kątami, raz w sposób niechlujny, a raz z pietyzmem by objąć całą scenę i zachwycać się widokami. Eksperymentów tutaj nie brakuje i nie raz uśmiechniemy się z pomysłowości ludzi odpowiedzialnych za to co widzimy. Całości dopełniają sceny o niczym, przedłużające się w nieskończoność, rozmowy pozornie oderwane od fabuły serialu będące nie raz tylko komentarzem otaczającego nas świata.

W moich wrażeniach z premedytacją pominąłem aspekt fabularny tego sezonu, a skupiłem się na postaciach bo to i zmiany w nich zachodzące są tutaj najważniejsze. Trochę o tym co się działo przemyciłem wcześniej teraz tylko napiszę, że osią tych kilku epizodów są konsekwencje wydarzeń z finału poprzedniej serii (co jest oczywiste). Walter chcę wykorzystać możliwości jakie daje się uwolnienie od Fringa, ale nie zdaje sobie przy tym sprawy jak mało wie o tym świecie. Jednak powoli się dowiaduje, że wszystko ze sobą jest połączone, a co uważał za koniec było tylko środkiem ponieważ śmierć Gustavo była kolejnym klockiem domino, który przechylił następny i następny i następny… i tak się kręci ten sezon. Nowe kłopoty, nowe perypetie i wszystko to logicznie skonstruowane. Mamy następstwa minionych wydarzeń. Muszę też napisać, że w moim odczucia ta seria w porównaniu do poprzedniej to serial akcji. Cały czas się coś dzieje, jest strzelanie, zagrożenie życia lub wykrycia, padają trupy, a rozpuszczania w beczkach jest więcej niż przez poprzednie cztery sezonu. Mieliśmy nawet westernowy napad na pociąg! Jeśli komuś się dłużył poprzedni sezon tutaj z pewnością nie będzie miał tego wrażenia bo działo się całkiem sporo.

Jak podsumować genialność tego serialu? Prostym oglądać! Chociaż w sumie to bez sensu bo jeśli ktoś oglądał poprzednie odcinki to te na pewno już widział, a kto jeszcze nie zapoznał się z fenomenem Breaking Bad niech się wstydzi.

PS. Miałem pisać tylko o S05, ale wyszło w odniesienie do całego serialu, ale tak to jest z Breaking Bad. To misterna konstrukcja, którą trzeba analizować całościowo, a poszczególne sezonu są jak kolejne akty dramatu – nie mogą istnieć samoistnie.

PS2. Na deser zwiastun do nowej produkcji Breakbad Mountain 🙂

PS3. Miało być krótko, a napisałem prawie trzy strony A4 o serialu, który mnie męczy psychicznie. Paradoks Breaking Bad.

OCENA 5/5

 

 

 

Reklamy

Revolution S01E01 Pilot

Nie miałem wielkich oczekiwań względem Revolution. Nie liczyłem na kolejny wielki hit na miarę Lost i nie ekscytowałem się kolejnymi trailerami i zapowiedziami twórców. Za dużo razy się sparzyłem przez to i seriale były przeze mnie za bardzo krytykowane. Tak było w przypadku Flashforward i The Event. Wielkie zapowiedzi, przyzwoite piloty i anulowanie po pierwszej serii. Czy z nową produkcją NBC będzie podobnie? Ciężko powiedzieć. Na pewno wpisuje się w ten sam schemat – wielkie „wow” w pilocie i ogromna oglądalność premiery. Może i jakościowo ten serial trochę odbiega od pozostałych, ale jak się przymknie oko na głupoty i nieścisłości to dostajemy całkiem znośny produkt.

Bo od głupot to się tutaj roi, ale nie wpływają one na negatywny odbiór. Od czasu do czasu potrzebny jest taki serial gdzie ignorujemy wszystkie niedorzeczności i cieszymy się tajemnicą i całkiem znośną akcją. Bo wyłączenie prądu na całym globie trzeba po prostu zignorować. Nie ma na to racjonalnego wyjaśnienia, jest to bezsensowne i tyle. Jak to się stało, że nie używają też silników parowych? Czemu rząd potężnej ameryki stracił tak szybko całą władzę, przecież 150 lat temu bez elektryczności jakoś sobie radzili? Jak to się dzieje, że na polowaniu w okolicy osiedla wciąż można odnaleźć nienaruszony wrak po 15 latach od blackoutu? Czemu tak mało ludzi jest pokazywanych? Czemu wszystko jest takie sterylny, bohaterowie mają czyściutkie ubrania, białe ząbki, domy są takie zadbane, wciąż całe okna, a ogień przy białych kolumnach ich nie osmala? Czemu jest tutaj tak mało klimatycznie? Czemu ma się wrażenie, że to jest jakaś społeczność mormonów (???), a nie osiedle ludzkie walczące o przetrwanie? Czemu nie czuć w ogóle zagrożenie, a dużo tutaj sielanki? Czemu samoloty po wyłączeniu energii spadły pionowo w dół? Czemu podczas strzelaniny nikt nie próbował atakować dowódcy? Czemu…. a zresztą, koniec pastwienia się. Idiotycznych rozwiązań było dużo więcej, ale jeśli przy odrobinie dobrej woli je zignorujemy to nie jest źle. Niestety, ale też trzeba zignorować jeden z wątków, który może być jedną z osi serialu – szczenięca miłość Charlie i Nate’a. Niech ktoś ich zabiję, proszę. Bo ile można oglądać nastolatki robiące maślane oczy? Jakbym miał na to ochotę to był włączył sobie 90210 i pewnie lepiej by mi się oglądało.

Mimo wszystko jest kilka ciekawych motywów. To jak odciętą prąd mnie nie obchodzi bo tego sensownie wytłumaczyć się nie da. Nie obraziłbym się nawet jakbym na to nie dostał odpowiedzi. Wolałbym, żeby to był serial drogi, podróż po USA i poznawania nowego życia i próba przetrwania w tym niegościnnym środowisku. Do tego jeszcze jakby skupili się na wątku politycznym byłbym wniebowzięty. Nowa republika, okrutny i samozwańczy władca, do tego jakieś pograniczne wojenki, Milicja wyzyskująca obywateli. Takie coś bym chciał oglądać. Na pokazanie degeneracji człowieka szans raczej nie ma. Są za to szanse na flashbacki z przeszłości, w końcu do wypełnienia jest 15 letnia luka. Można dać kilka mylnych wskazówek, trochę śladów, tak żeby człowiek mógł trochę pokombinować. Nie wierzę w poziom Lost, ale wystarczy mi poziom taki bym pamiętał o serialu po wyłączeniu odcinka i napisaniu komentarza. Niby próbowano to zrobić w ostatniej scenie, ale absolutnie nic w niej zaskakującego nie było (motyw znany z Jericho). Jednak ja mam nadzieje, że jeszcze się im uda.

Postacie są na razie znośne. Jest żołnierz, dobry w zabijaniu, który coś tam wie o zaćmieniu. Do tego całkiem nieźle radzi sobie z bronią białą i ma sceptyczne podejście do życia. Twardziel jakiś na pęczki w serialach i filmach. Od czasu do czasu rzuci żartem, ale do rozśmieszania jest grubasek z brodą w okularach i świeżutkiej koszulce AC/DC. Kiedyś pracował w google, teraz zamieniłby swoje miliony na rolkę papieru. Do tego boi się też pszczół. Kolejna klisza, wystarczy choćby wspomnieć nieśmiertelne Lost i Hurleya. Charlie (w serialu wypadła dużo lepiej niż na zwiastunie!) to młoda i niewinna dziewoja, chcąca uratować swojego brata. Widzi w ludziach dobra, ważne są dla niej więzy rodzinne, zakochała się w Natcie członku Milicji, który uratował jej życie i widocznie coś do niej czuje. Mimo, że są po przeciwnych stronach zapewne jest szansa na rozwój uczucia między nimi. Niesamowity pomysł! Nie pamiętał kiedy coś takiego widziałem. Możliwe, że ostatnio tego motywu używał William Szekspir w Romeo i Julia… i jakieś miliony naśladowców…Czy nie da się nic nowego wymyślić?! Sprawę trochę ratują pozostałe dwie postacie – Maggie i kapitan Milicji Tom Neville, w którego wciela się charyzmatyczny Giancarlo Esposito znany choćby jako Gus Fring z Breaking Bad. Ona to macocha Charlie, twarda babka, nieufająca ludziom i przygotowana do życia w dziczy. Podobno lekarka z przeszłości nie zdziwiłbym się jednak gdyby to była wojskowa lekarka. On to bezwzględny i wyrachowany przywódca sił porządkowych, który przetrzymuje Dannego, brata Charlie i poluje na jej wuja. Schemat goni schemat, ale niejeden serial od tego zaczynał i często ze standardowych postaci wycisnął wiele dobrego i zachwycającego. Choćby Community. Liczę też, że dostaniemy co odcinek standardową porcję walki z udziałem wujka i trochę okrucieństwa od Milicji. Byłbym zapomniał – jest też matka Charlie. Podobno zaginęła i nie żyję czyli powróci w połowie sezonu i odegra jakąś kluczową rolę w sprawie tajemnicy. Kolejny standard. Jednak skoro gra ją Elisabeth Mitchella to jestem skłonny wybaczyć takie zagranie.

Daleko mi do zachwytów, ale psów wieszać nie będę. Zapowiada się lajtowa wersja kina drogi w wykonaniu serialowym z wątkami politycznymi i wielką zagadką gdzieś w tle. Pachnie trochę The Walking Dead, da się odczuć zapachy Lost, The Event, Flashforward, Survivors, nawet Jericho się przypomina. Wszystko to okraszone całkiem znośnym settingem z wdzierającą się roślinnością do miast i ładnymi widoczkami (wszystko to oczywiście zbyt sterylne). Niestety brakuje trochę zepsucia i porzucenia ludzkich wartości (jedna mocna scena z niedoszłymi gwałcicielami to za mało) na rzecz woli przetrwania, a to powinien być standard dla seriali post apo. Bo wyłączeni prądu uznaję za apokalipsę dla naszego świata. I taka mała dygresja na koniec – jeśli ktoś oglądał zwiastun z upfrontów to w sumie widział cały odcinek.

OCENA 3/5

The Good Wife S01

„We women stay in the shadows, we smile, we comfort, we nurse, but we’re always there. You are a good woman, Alicia.”

The Good Wife czy Idealna żona? Który tytuł jest bardziej adekwatny? Mamy tutaj do czynienia z serialem tylko dobrym niczym nie wyróżniającym się z tłumu dziesiątek przeciętnych produkcji czy może jest to serial ponadczasowy, gdzie wszystko perfekcyjnie zagrało i wciąga on od pierwszych do ostatnich minut zmuszając do włączania odcinka po odcinku? Odpowiedź jest banalna – tytuł powinien brzmieć Bardzo dobra żona. Z pewnością TGW jest serialem innym od masowej papki którą dostajemy od stacji ogólnodostępnych. Ma w sobie coś z kablówkowych produkcji – ponadprzeciętne aktorstwo i poruszanie ciężkich tematów, które najczęściej na CBS są przemilczane. Oczywiście to wciąż serial proceduralny, ale to ten nowy typ tych seriali, godny XXI wieku z przewijającym się wątkiem przewodnim i rozwijającymi się postaciami. Z cała pewnością to produkcja godna polecenia. Jednak jeśli nie lubisz seriali prawniczych to z pewnością i ten ci się nie spodoba chociaż kto wie w końcu to nie sądowe potyczki są tutaj najważniejsze tylko historie bohaterów.

Na początek troszkę krytyki. Nie podoba mi się intro, a raczej jego brak. Uwielbiam klimatyczne wprowadzenie do serialu lub nawet dobrze zmontowany klip z starymi scenami. To pierwsze genialnie wyszło w The Wire lub True Blood (I Wanna Do Bad Things With You!), a to drugie choćby w Buffy. Niestety tutaj wkradła się tak nie lubiana przeze mnie moda z kilkusekundową migawką w czarno – białym stylu z tytułem serialu. O ile jeszcze w Lost była to klimatyczna tak tutaj jest no cóż nijakiej. Nie jest to wada serialu tylko kwestia gustu niektórzy nawet będą zadowoleni bo nie będą musieli bawić się w przewijanie. I jeszcze mała ciekawostka – czołówka zazwyczaj się pojawia po jakiś 10 minutach czyli tak w ponad 1/4 odcinka. I to tyle byłoby co do moich zastrzeżeń teraz mogę przejść do chwalenia.

O fabule i historii rozpisywać się nie mam zamiaru. Jest żona, zostaje ona zdradzona, wpływowy mąż zostaje uwikłany w seks – skandal, idzie do więzienia, a ona wraca po kilkunastu latach przerwy do praktykowania zawodu jako młodszy współpracownik. Musi zasłużyć na pracę pomagając przy sprawach, a jeśli nie da z siebie wszystkiego zostanie zwolniona. Sprawa trochę się komplikuje bo jednym z jej szefów jest znajomy ze studiów. Pomysł prosty, ale dalsza część historii została poprowadzona perfekcyjnie (i używam tutaj tego słowa z pełną premedytacją). Początkowe trudności z ponownym odnalezieniem się w roli prawnika, rywalizacja w biurze i na sali sądowej, utrzymujące się napięcie między Alicją i Willem czy radzenie sobie ze skandalem. Do tego są jeszcze historię innych bohaterów – próba rehabilitacji (zarówno w oczach żony i opinii publicznej) niewiernego męża oraz jego walka o powrót do polityki, kłopoty w firmie czy romanse innych bohaterów. Najważniejsze, że historia wciąga, po zobaczeniu napisów końcowych od razu ma się ochoty włączyć następny epizod. Na szczęście nie miałem wrażenie, że wątki są strasznie przeciągane, „show must go on” jak to mówił klasyk i dlatego nie ma miejsca na nudę. Wszystko to zostało pokazane z odpowiednim wyczuciem, nie mamy wrażenie że jest to nachalne. Scenarzyści wiedzą też kiedy użyć humoru. Nie ma go dużo, ale odpowiednio rozładowuje napięcie. Czasem jednak mam wrażenie, że niektóre zachowania są przerysowane, ale to akurat celowe zagranie, by podkreślić indywidualność postaci. Sprawdza się znakomicie.

A bohaterowie się indywidualni i to widać już od pierwszego odcinka a potem ich charaktery jeszcze bardziej nabierają złożoności. Alicja to tytułowa dobra żona, stojąca u boku męża mimo skandalu z czasem się zmienia. Nie jest pewna czy wciąż go kocha, ale dalej jej na nim zależy. Pomaga mu, ale nie jest w stanie ponownie zaufać. Jest też rozdarta między uczuciami do swojego pracodawcy (odwzajemnionymi), a przysięgą małżeńską. Peter, czyli mąż, to dobry człowiek, chcę zmienić świat na lepszy, ale dokonuje kilku złych wyborów, które się na nim mszczą. Był bardzo dobrym prokuratorem okręgowym i postanawia odzyskać swoją dawną prace i nie zawaha się skorzystać przy tym z szantażu. Will również jest rozdarty – jako szef firmy musi podejmować obiektywne decyzje, a to jest trudne ze względu na jego uczucie do Alicji. Jest jeszcze Kalinda, Diane, Jackie i dzieci tytułowej bohaterki. Każde z nich jest charakterystyczne, podejmuje własne decyzję, które potem mają konsekwencję w przyszłości. Co dziwne, wątki dzieci nie denerwuje jak to jest w wielu innych serialach. Każdy z bohaterów ma też charakterystyczny styl ubierania i zachowania. Aktorzy idealnie wcielają się w swoje postacie co zostało zauważone przez krytyków i serial dostał kilka nominacji i nagród dla aktorów m.in. Julianna Margulies zgarnęła Złotego Globa.

Podoba mi się to, że Alicja jest często tylko małym trybikiem podczas toczących się spraw. Nie zawsze odgrywa ona kluczową rolę w procesie czasem tylko nieznacznie pomaga lub nawet zajmuje się prywatnymi sprawami. Proces i dochodzenie (bo ono odgrywa równie ważną rolę) czasem dzieją się obok niej. Co ciekawe postacie sędziów i innych prawników wracają mimo, że zmieniają się sprawy. Ma się wrażenie, że podczas procesu nie chodzi by obronić klienta, a pokonać starego wroga. Świat prawniczy jest tu swoistym ekosystemem, wszyscy się znają, ludzie wiszą sobie przysługi, a działanie w jednym procesie wpływa często na inny. Jest zachowana pewna ciągłość przez co nie ma się tego wrażenia znanego z innych procedurali że niektóre odcinki można by pominąć. Tutaj lepiej oglądać wszystkie, a potem cieszyć się powrotami znanych i charakterystycznych postaci.

Czym jednak byłby serial prawniczy bez dobrych spraw? Zapewne tanią obyczajówką, ale tutaj nam to nie grozi. Sprawy są przeważnie wciągające, czasem są odbiciem tego co dzieje się u bohaterów, a czasem mają nimi wstrząsnąć i zmusić do zastanowienia. Nic tutaj nie jest czarne albo białe i postacie nie raz staną przed trudnymi wyborami moralnymi. Zdradzić tajemnicę klienta? Czy mogę bronić domniemanego mordercy? Wziąć szefa mafii na swojego klienta? To tylko przykładowe pytania. Co ciekawe sprawy nie zawsze są wygrywane, trzeba umieć się też pogodzić z porażką. Czasem też bohaterowie przegrają, ale moralnie. Nie ma tutaj zawsze łatwych rozwiązań co jest ogromną zaletą tego serialu. Scenarzyści nie boją się też eksperymentować i często zdarzą się odchylenia od schematycznych odcinków (czyli trochę domu, trochę akcji w firmie, sala sądowa, trochę śledztwa oraz problemów innych bohaterów). Sprawa z punktu widzenia ławników? Rozprawa w szpitalu? Czemu nie.

Czas na litanie do wszystkich świętych znaczy się aktorów drugoplanowych. Mamy tutaj prawdziwy wysyp znanych twarzy. Więc sobie trochę powyliczam. Jeśli jednak kogoś nie interesuje kogo ogląda i czy go gdzieś kiedyś widział to niech skoczy do ostatniego akapitu. Titus Welliver czyli Men in Black z Lost lub Jimmy O’Phelan z Sons of Anarchy znowu wcielił się w stosunkowo czarny charakter i znowu dał radę kradnąc sceny z swoim udziałem. Denis O’Hare (Rusel z True Blood) jak zwykle perfekcyjny. Joe Morton z Eureki gra zupełnie inną rolę i znowu bardzo dobrze sobie radzi. Martha Plimpton jako adwokat wykorzystujący swoją ciążę czy małe dziecko jest znakomita. Jill Flint (Royal Pains) jako agentka FBI radzi sobie dużo lepiej niż w serialu o lekarzach, w którym widziałem ją wcześniej. Dylan Baker (Kings, Political Animals) w roli demonicznego Colina Sweeneya to chyba najlepszy występ gościnny, mistrzostwo. Mamie Gummer zagrała w jednym odcinku, dużo czasu nie dostała i gdyby nie to że w przyszłym sezonie zagra główną rolę w Emily Owens MD pewnie bym nie odnotował jej występu tak mogę napisać że całkiem nieźle się spisała. Dwójka z The Wire – Sonja Sohn (Kima) i Gbenga Akinnagbe (Chris) jako pastor. Carrie Preston (Arlene z True Blood) jako roztargniona prawniczka mająca problemy z komputerami. Amy Acker w finałowym odcinku. I w końcu Alan Cumming jako Eli Gold kierownik kampanii Petera. Najciekawsza postać ze wszystkich, która w przyszłym sezonie ma stać się stałym członkiem obsady. Bogato, prawda? I to tylko ci, których znam.

Obecnie emitowane są trzy liczące się seriale prawnicze – The Good Wife, Suits i Damages. Franklin & Bash pomijam bo nie zdobył on takiej popularności jak pozostałe. Jak w tej grupce prezentuje się TGW? Gdzieś pomiędzy serialem od USA Network i FX. Jest humor jest trochę luźniejszego klimatu, ale serial nie boij się poruszać trudnych spraw. Fabuła jest ciekawsza i bardziej dojrzała niż W garniturach. Jest wciągająco, a to powinno być wystarczającą rekomendacją.

OCENA 5-/5

Person of Interest S01 – Ghost in the machine

Jesteśmy obserwowani. Każdy nasz krok śledzą setki kamer, rząd zbiera dane o naszej aktywności w sieci, wyciągi z kart kredytowych, rozmowy telefoniczne i skrupulatnie rejestruje nasze położenie. Nawet najdrobniejszy szczegół nie umknie wszechpotężnej maszynie. Nieustannie nas szpieguje, a prywatność nie istnieje. Wszystko to w ramach walki z terroryzmem, by nie dopuścić do kolejnego zamachu i powtórki koszmaru z 11 września. Maszyna jednak widzi wszystko, najdrobniejsze sieci powiązań, potrafi przewidzieć  nie tylko akty terroru, ale również morderstwa i śmierci zwykłych obywateli. Rząd jednak uznał je za nieistotne i nie ingeruje w nie. Dlatego działają oni – mściciela Nowego Jorku.

Pomagają potencjalnym ofiarą i walczą o sprawiedliwość w mieście. Jest ich tylko dwoje – Harold Finch i John Reese. Ten pierwszy jest twórcą maszyny. Ma z nią kontakt i dostaje od niej numery ubezpieczeniowe ludzi w potrzebie. Wiele więcej nie wiemy. Jest on skryty, trzyma wszystko w tajemnicy. Jak go określa drugi główny bohater – ekscentryk, ale gdyby nie był tak bogaty to zwykły dziwak. Geniusz komputerowy, znajdzie wszystkich i wszystko jeśli istnieje w formie cyfrowej. Z czasem nawet pracuje w terenie, ale nie radzi sobie tak dobrze jak za biurkiem. Postać ta da się lubić i intryguje za razem. Użycza jej twarzy Michael Emerson czyli nie zapomniany Ben z Losta. I praktycznie mamy tutaj niemal identyczną postać – tajemniczy i pewny siebie. Nie zdradza do końca swoich zamiarów. Nawet styl gry aktorskiej nie został zmieniony, ale to dobrze bo pasuje to do odgrywanej postaci. Drugi z nich to były żołnierz i agent CIA. Zszokowany wydarzeniami z 2001 roku postanawia poświecić życie państwu i nie dopuścić do powtórki. Posiada niezachwiany kompas moralny – pomaga potrzebującym, ale też jest bezwzględny wobec tych którzy dopuszczają się zbrodni. Świetnie wyszkolony, doświadczony przez życie i o wyglądzie Jezusa z Pasji, a raczej Jima Caviezela. Oszczędny w mimice, rzucający od czasu do czasu żartami po których pojawia się uśmiech, ale nigdy nie wybucha śmiechem. Wiecznie opanowany i w garniturze. Jak każdy bohater posiada historię która go przedefiniowała raz czy dwa. Stoczył się, ale też potrafił podnieść. Teraz znalazł nowy sens w życiu i pomaga innym tak jak on tego chcę, nie jest ograniczony przez rząd i robi to co potrafi najlepiej.

W stałej obsadzie jest jeszcze dwójka aktorów, ale działają oni na uboczu, raczej w tle głównych wydarzeń. Na początku nie wiedzą co się dzieje, dopiero z czasem biorą aktywny udział w śledztwach prowadzonych przez główny duet. Sytuacja zmienia się ok. 10 odcinka, ale warto na to czekać bo od tego momentu ci bohaterowie odgrywają coraz większą rolę. Pierwszą z tych postaci jest Lionel Fusco (Kevin Chapman, również parę odcinków Lost) skorumpowany glina, który jest zmuszony przez Reesa zostać jego wtyczką w policji. Raczej mało rozgarnięty, typowy detektyw widziany w wielu produkcjach. Jak się potem okazuje nie jest on wcale taki zły, ma syna o którego dba i w gruncie rzeczy gdyby nie kilka złych wyborów które podjął mógłby być zasłużonym detektywem i chlubą Nowojorskiej policji. Oczywiście dzięki kolejnym sprawą wszystko to co dobre w nim się uwypukla i odgrywa on nie małą rolę w zniszczeniu pewnej mafii. Standard. Jest również pani detektyw Joss Carter. Wzorowy glina, również posiadająca potomka i nowa partnerka Fusco. Wie co jest dobre, a co złe, nie toleruje samozwańczych stróży prawa, uważa ich za zagrożenie i dlatego ściga tajemniczego człowieka w garniturze. Nie będzie wielkim spoilerem jeśli napiszę, że z czasem zacznie mu pomagać mimo że do końca nie zaufa mu. Ciekawie też wypada sprawa z jej parterem – obaj pracują do Reesa, ale nie mają o sobie pojęcia co prowadzi do ciekawego napięcia między nimi. Carter jest odgrywana przez Tarajie Hensone. Tak jak Emerson i Chapman nie są to piękni ludzie z okładek kolorowych magazynów. Grać za to potrafią i to jest przecież najważniejsze. Hensone niedawno została nominowana do Oscara za drugoplanowa rolę w Ciekawym przypadku Benjamina Buttona, Emerson zdobył dwie statuetki Emmy, a Caviezel został doceniony za rolę w Pasji i The Prisoner przez co ugruntował swoją pozycję na aktorskim gruncie.

Person of Interest jest proceduralem. Nowoczesnym, ale proceduralem co trzeba głośno napisać. W końcu stacja CBS robi produkcje tylko tego typu. Czy to dobrze czy źle nie wiem, to zależy od odbiorcy, ale czujcie się ostrzeżeni. To nie jest serial dla każdego. Co tydzień dostajemy nowy numer, którym nasi bohaterowie muszą się zająć (nie wiedzą tylko czy jest to sprawca czy ofiara), tak jak w CSI czy NCIS – nowy odcinek to nowa sprawa. Jednak mamy XXI wiek i to już widzom nie wystarcza. Praktycznie w każdym odcinku  pojawia się któryś z powracających wątków – polowanie Carter, tajemniczy Elias przejmujący władzę w półświatku NY, praca Fusco pod przykrywką, odkrywanie tajemnicy maszyny wraz z przeszłością Fincha lub Johna, śledztwo CIA czy śledztwo FBI. Jest tego trochę. Jakby tego było mało dostajemy również flashbacki (by pokazać rok przesuwamy się po linii czasu, a nie dostajemy zwykły napis dajmy na to 2007), odkrywające przeszłość bohaterów. Są też postacie powracające – Zoe Morgan czyli jeden z poprzednich numerów, partnerka Reesa w flashbacków z pracy w CIA, tajemnicza hakerka Root czy wszelkiej maści detektywni, policjanci, agenci lub też rodzina i przyjaciele. Jest tego dużo przez co mamy wrażenie ciągłości historii. Niestety nie jest tak różowa. Większość tych wątków w S01 została tylko zaczęta i praktycznie nie ruszyła z miejsca. Również z powodu ich tak dużego nagromadzenia jest pewien chaos. Raz wraca do Johna przeszłość z CIA, ba w następnym odcinku porzucić ten wątek, dostać zapychacz, a następnie dowiedzieć się czegoś o Finchu. Za bardzo to wszystko rozwleczone, brak wrażenie ciągłości. Liczę, że zostanie to poprawione w przeszłości. Nie zrozumcie mnie źle, jestem zwolennikiem tajemnicy w serialach, porzucenia wątków by widz mógł pokombinować co dalej z tego może wyjść, ale tutaj mamy za mało informacji do tego. Zdecydowanie lepiej by wyglądały kilkuodcinkowe historie, kończone cliffhangerem i potem skakanie między nimi. Ostatnio w Nikicie czy dawniej w 24 idealnie to działało. Brakuje mi też więcej głównych bohaterów, w szczególności postaci kobiecych. Cztery osoby w stałej obsadzie to za mało. Liczę, że kolejny sezon przyniesie zmianę co wprowadzi trochę dynamiki do już utartych interakcji.

Do odcinków nie można się wiele przyczepić. Scenarzyści próbują nas zaskakiwać, a ogromnym plusem jest to że nigdy nie wiadomo czy wylosowany numer jest ofiarą czy sprawcą. Przeważnie jednak jest tak, że im bardziej wygląda na ofiarę okazuje się, że to potem jego będzie trzeba gonić. Jednak kilka razy jesteśmy pozytywnie zaskoczeni. Praktycznie co odcinek John śledzi numerek, a Finch informuje go o tym co nowego odkrył i co się dzieje. Dla tego też najciekawsze epizody to te które łamią ten schemat np. uwiezienie w budynku opanowanym przez gang, ochrona dziecka, kradzież tożsamości czy praca pod przykrywką w grupie przestępczej. Co ciekawe trafił się nam nawet polski odcinek z mafią pruszkowską. Wszystko to zostało okraszone całkiem niezłymi występami gościnnymi. Pozwolę sobie na wyliczankę – Natalie Zea (Justifed), William Sadler (m.in. Roswell), Brett Cullen (Goodwin z Lost), Ruben Santiago-Hudson (Castle), David Costabile (Gale z Braeking Bad), Michael Cerveris(Septemper z Fringe), Tim Guinee (choćby Stargate), Enrico Colantoni (Veronica Mars) czy Enver Gjokaj (Dollhouse). I to tylko z pierwszych siedmiu odcinków! Mam olbrzymią frajdę oglądając znanych mi serialowych aktorów w innych dla nich rolach. Mógłbym tak jeszcze wymieniać, ale pozwolę sobie tylko na najważniejsze z mojej perspektywy nazwiska – Dale, Margolis, Regan, Zays i moja ukochana Amy Acker.

Aktorzy drugoplanowi to nie wszystko co przykuwa w odcinkach. Jest też akcja. Sporo jej, dynamiczne i brutalne walki, w stylu Jasona Bourne’a z masą dźwigni, nie spektakularne i efektowne, ale skuteczne w swojej prostocie. Mamy też dużo strzelania, głównie w kończyny bo przecież bohater ma swoje zasady, i wybuchów. Nie raz samochód wyleci spektakularnie w powietrze. Czasem to trochę przerysowane i komiksowe (ba nawet jest odniesienie do tego w samych serialu), ale dające masę radochy. Co ważne John nie posługuje się cały czas jednym pistoletem czy karabinem, a często zmienia arsenał w zależności od potrzeb. Strzelba, snajperka czy granatnik. Różnorodność jest przez co nie możemy narzekać na nudę.

Muszę też pochwalić styl serialu. Nie jest to kolejna lekka produkcja z kolorowym miastem i dowcipami rzucanymi co scenę. Nowy Jork nie zachwyca nas pięknymi widokami i poetyckim przedstawieniem jak to ma miejsce np. w White Collar lub Castle. Tutaj sprawia on wrażenie miasta okrutnego, majestatyczny chłód tak bym to ładnie nazwał. Mamy brudne uliczki i podejrzane speluny. Korupcja jest wszechobecne, a my mamy wrażenie, że to nie politycy i stróże prawa rządzą miastem tylko gangsterzy. Dla podkreślenie chłodu i obojętności i tym samym uwydatnienia nieustannego wzroku maszyny mamy widoki z wszelkiej maści kamer obserwujących obywateli. Wielki Brat czuwa w wielkimi niegościnnym mieście. Miasto jest kolejnym bohaterem serialu. Poznajemy kto nim rządzi, niebezpieczne dzielnice i i bohaterów którzy próbują w nim przetrwać. Skoro mówię o stylu to wspomnę o producentach którzy odcisnęli piętno na serialu – Abrams i Nolan. Dzięki JJ mamy wrażenie wielkiej konspiracji, wszechobecnej tajemny i tej odrobinki sci-fi. Jonathan funduje nam realizm Mrocznego Rycerza zarówno w formie jak i treści. Te dwie koncepcje idealnie do siebie pasują.

Autorem ścieżko dźwiękowej jest Ramin Djawadi, który nam na swoim koncie score do Prison Break czy ostatnio odwala rzemieślniczą robotę w Game of Thrones. Tutaj jednak nie mam mu nic do zarzucenia. Muzyka idealnie oddaje nastrój, dokładnie pasuje do tego co dzieje się na ekranie. Elektroniczne dźwięki pasuję do chłodnej stylistyki serialu i motywu maszyny. Do tego jeszcze można usłyszeć kilka znanych i dobrych kawałków jak I’am Afraid of Americans Davida Bowie czy kilka numerów Massive Attack.

Serial zakończył się cliffhangerem. Niespodziewanym, ale nie zmieniającym całego serialu. Zapewne po pilotowym odcinku S02 wszystko wróci do status quo z poprzedniego sezonu. Nie zmienia to jednak faktu, że chcę zobaczyć dalszy ciąg tej historii. Liczę jedynie na poprawę. Na razie serial jest dobry. Nie mogę się przyczepić do tego co jest, większość zarzutów tyczy się tego czego nie ma. Trochę nie rozumiem tych zachwtów jakoby był to najlepszy serial tego roku. Jest dobrze, ale bez rewelacji. Revenge o wiele bardziej mnie wciągnęło. Tutaj brakuje mi ciągłości historii i większej ilości informacji dzięki którym można by pogłówkować co się wydarzy za ileś tam epizodów.

OCENA – 7/10.