Merlin 5 sezon

 tumblr_m78471TFMS1qm8im9o1_500

Dobry serial nie może stać w miejscu. Musi się zmieniać by sprostać wymogom widzów. Mogą to być zmiany stopniowe lub diametralne. Jednym wyjdzie na dobre usunięcie kogoś z obsady, a innym dodaniem. Serialowe sekrety nie mogą zawsze pozostawać tajemnicą, w końcu musi nastąpić pełen napięcia moment, w którym zostanie on wyjawiony co nada nowego ducha serialowi. Karygodny błąd popełniają twórcy How I Met Your Mother gdzie mimo ósmego sezonu wciąż nie wiadomo kim jest tytułowa matka. Błąd popełnili też kreatorzy Merlina nie wyjawiając wcześniej tajemnicy głównego bohatera. Co roku w finałowych odcinkach zdarzała się ku temu sposobność i co roku z niej rezygnowano. Owszem były zmiany w serialu (usunięcie Uthera czy zrobienie z Morgany czarnego charakteru) niestety nie wyszły one tak rewolucyjnie jak powinny. Przez to wszystko ten sezon oglądało się źle. Może ja wyrosłem i straciłem zainteresowanie tą produkcją? Może, ale dobry serial powinien dojrzewać wraz z widzem. Tutaj niestety tego nie było mimo kilku zmian, które teoretycznie miały serial poprawić, a sprawiły go jeszcze mniej strawnym.

Przede wszystkim zrobiło się mroczniej. Zamiast lekkich i humorystycznych historyjek z od czasu do czasu poważnymi elementami odcinki były utrzymane w poważnej konwencji. Często ktoś umierał, były zdrady i wieszanie na szafocie. Szkoda tylko, że w większości było to strasznie naiwne. Merlin jakby chciał upodobnić się do Gry o Tron. Była wielka bitwa, niby polityka królestwa, dbanie o porządek i drobne potyczki. Niestety, ale wszystko to wyszło strasznie naciągane i naiwne. To właśnie ta naiwność cechuje ten serial. Kiedyś ona nie przeszkadzała, ale wraz z doroślejszym podejściem powinno się przywiązać większą wagę do detali. Nie mówię wykonaniu bo to było solidne. Efekty specjalne i wszystkie CGI wyszły słabiutko, ale już rekwizyty, sam zamek Camelot czy plenerowe zdjęcia całkiem ładne. Tutaj też widać nawiązanie do Game of Thrones. Słabo wykonanych akcji w slow motion też było jakby mniej co na plus. Najbardziej irytowały postacie i ich zachowanie.

merlin_2008.5x13.the_diamond_of_the_day_part_two.720p_hdtv_x264-fov.mkv_snapshot_43.48_[2012.12.26_20.44.11]

Morgana jaka ta zła była interesująca. Była. Te jej zdawkowe uśmieszki i szaleńczy wygląd dodawały jej uroku. Teraz tylko irytowała. Czy to maniera Katie McGrath czy wizja twórców – obojętne. Jej postać denerwowała i nie była prawdziwym czarnym charakterem. Prędzej kreskówkowym. Tyle co ona miała możliwości by zabić Artura albo Merlina to już kilkukrotnie powinna zostać królową. Zamiast dobić to zostawiała ogłuszonych. Jej akcję były słabo przemyślane i nie potrafiła wykorzystać swojego talentu. Niby była Najwyższą Kapłanką, ale gdyby tego nie powtarzała co jakiś czas w ogóle by to nie było zauważalne. Miała też smoka z którego nie potrafiła zrobić użytku. Jednak żeby być uczciwym jej napady złości i momentami sadystyczne zachowanie mogło się podobać. Wielka szkoda co zrobiono z jej postacią, o wiele wcześniej powinno się jej pozbyć z serialu bo ciągłe walki z nią i próby zabicia Artura były nudne.

Kolejną fatalnie poprowadzoną postacią jest Mordred. Miał być zgubą Artura, ale jakimś trafem został jego rycerzem. Myślałem, że wprowadzi to trochę dynamiki i dwuznaczności. Niestety nic z tego. Nie było też pięknie poprowadzonej zmiany postaci. Stał się wrogiem Artura z odcinka na odcinek, a użyto do tego najbardziej irytującego motywu. Jeszcze jakby wcześniej były jakieś wskazówki co do tego. Niestety, nic z tego. Wiąże się to z kolejnym wielkim minusem. Brakiem wyrazistej historii. Wiadomo, że ma być bitwa, starcie z Morganą, a Mordered stanie się tym złym. Niestety brak tylko ciągu przyczynowo skutkowego. Są historię z tym związane, ale jedna nie wynika z drugiej. I tak przez cały sezon. Przez jakiś czas próbowano poprowadzić kilkuodcinkową historię, ale wypadła ona bardzo słabo i w sumie okazała się być bez sensu. Jej jedynym plusem był za to humorystyczny odcinek, który przypomniał jaki ten serial był kiedyś dobry.

Merlin.S05E03.The.Death.Song.Of.Uther.Pendragon.HDTV.XviD-LOL.avi_snapshot_28.36_[2012.10.21_17.52.30]

Zarzuty co do Mordereda i Morgany to nie jedyne problemy z bohaterami. Merlin jak zwykle ratuje z trudnych sytuacji, Artur ma go za idiotę, a Gajusz jest wszystko wiedzący. I tak przez cały czas. Zdarza się jednak, że bohaterowie zachowują się zupełnie nie ze swoimi przekonaniami, zapominają o dawnych znajomościach i powiązaniach. Bo tak pasowało do scenariusza odcinka. Oglądanie tych scen to była prawdziwa męczarnia. Scenariusz powinno się pisać biorąc pod uwagę bohaterów. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że błędy te popełniły osoby, które scenariusz do serialu piszą od lat. Zastrzeżenie mam też do większości postaci – są one strasznie płytkie i mało przekonujące. Ciężko je opisać kilkoma zdaniami nie odnoszącymi się do tego kim są. O Elyanie można powiedzieć co najwyżej „Brat Gwen, rycerz Artura”. Ciężko znaleźć coś więcej. Percival jest silny, Gwaine to wesołek, Lancel eee ma zarost? I w sumie tyle. Również postacie gościnne są słabe mimo, że to znane nazwiska np. Liam Cunningham i Janet Montgomery. Byli zrobili co mieli i znikli. W pierwszych dwóch odcinkach pojawiła się Sefa, nowa pokojówka Gwen. Wypadła bardzo sympatycznie, był potencjał na bardzo ciekawą postać powracającą, ale niestety został on zaprzepaszczony. Na szczęście nie mam jakiś większych zastrzeżeń do postaci Artura i Merlina. Dalej jest chemia między tymi dwiema postaciami, można się pośmiać lub wzruszyć jeśli ta dwójka jest razem na ekranie. Niestety, ale strasznie rzadko to się dzieje.

Ciesze się, że to już koniec bo strasznie ciężko mi się oglądało tą serię. Trochę liczyłem, że finał mnie zadowoli, ale oczywiście się przeliczyłem. Pierwszy odcinek z dwugodzinnej historii zawiódł. Bo nie było tego co najlepsze, drugi rozczarował bo takie historię powinny się lepiej kończyć. Może i było odwołanie do arturiańskich legend, ale chyba lepiej by wyszło jakby z niego zrezygnowano. Natomiast myśl o planowanych filmach napawa mnie lękiem. Mam nadzieje, że one nie powstaną. O wiele bardziej wolałbym zobaczyć pełnometrażową wersję Heroes niż tego. Tam również postacie się nie rozwijały, ale przynajmniej końcówka była odpowiednia. Tutaj wprawiła ona w konsternację. Już lepiej jakby pożegnano się z widzami dialogiem ze smokiem z jednego z ostatnich odcinków. Był piękny i wzruszający. Jedna z nielicznych scen z tego sezonu, które warto zapamiętać.

Merlin.S05E12.720p.WEB.DL.x264-DNA.mkv_snapshot_28.50_[2012.12.26_18.36.06]

Mimo rozczarowania jakim była ta seria miło będę wspominał serial. Cztery udane lata i historia tryskająca humorem. To mogę polecieć każdemu. Finałowa seria uległa głupiemu trendowi żeby wszystko było bardziej mroczne. Było to nieudane posunięcie bo nie pasujące do konwencji serialu. Odcinki tego typu były dobre, ale jak zdarzały się raz na jakiś czas. Tylko takie nie pasowały do bohaterów. Jeśli ktoś bardzo chcę obejrzeć może spróbować. Zapewne będzie miał dość po kilku pierwszych epizodach. Dalej nie będzie dużo lepiej. Niestety.

OCENA 2+/5

Dexter S07

   dexter-season-7-poster1

W zeszłym roku strasznie się męczyłem z tym serialem, myślałem że nie dam rady i nie skończę serii. Wcale mnie nie obchodziło jak się zakończy wątek Doomsday Killera i tylko wyczekiwałem finału by raz na zawsze pożegnać się z ulubionym seryjnym mordercą telewizji. Nie pomógł nawet cliffhanger, mimo że zapowiadał nowe nie zmusił mnie do zostanie przy tej produkcji. Tak mi się przynajmniej wydawało. Skasowałem go nawet z listy oglądanych i wpisałem go w kolumnie zatytułowanej „Porzucone”. Miesiące mijały i już myślałem że nie zmienię zdania. Jednak stało się coś niespodziewanego – okazało się że po zakończeniu Chucka urocza Yvonne Strahovski wyląduje w stacji Showtime. I pozostaje mi dziękować za to, że jestem samcem mającym słabość do tej aktorki bo dzięki temu spędziłem całkiem dobrze ponad 10h, a w ostatecznym rachunku w tym roku Dexter okazał się lepszy od zeszłorocznego objawienia i partnera z ramówki czyli Homelad.

It’s simple human nature to keep little secrets about ourselves. I dye my hair. I watch internet pornography. But what if your whole life is a secret? A lie. And exposing the truth could destroy everything you are. What do you do? Run?

Było tak dobrze dzięki umiejętnym żonglowaniu wątkami  i ograniczeniu postaci drugoplanowych. Zeszły sezon cierpiał z powodu ich zbytniej ekspozycji. Dowiedzieliśmy się sporo o Travisie, były kłopoty Masuki w laboratorium, dodano nowego detektywa czy próbowano zrobić z Quinna i Angela interesujący duet. Wszystko to jednak fatalnie się oglądało bo przecież ten serial powinien być o tytułowym bohaterze, a nie jego otoczeniu. Dextera było jakby mniej, a część historii w ogóle go nie dotyczyła. Serial cierpiał na podobną przypadłość co True Blood – nagromadzenie wątków i skakanie po nich sprawiło że serial zamiast intrygować irytował. Zamiast ulubionych bohaterów trzeba było oglądać to nieszczęsne tło. Na szczęście tak jak w tegorocznym True Blood tak i tutaj było dużo lepiej.

Dexter.S07E01.720p.HDTV.x264-EVOLVE.mkv_snapshot_36.11_[2012.10.02_18.26.42]

Przede wszystkim szybko zakończono głupi wątek Luisa. Mało kogo on obchodził i widocznie nie było na niego pomysłu bo dużo osób było rozczarowanych, że taki był finał przygód programisty. Ja się cieszę, że nie przeciągano tego dłużej. Był to balast z poprzedniego sezonu i szybko się go pozbyto. Balastem widocznie był też Mike Anderson. Nie wybił się w S06 i zapowiadało się, że i teraz będzie nudnym wypełnieniem czasu. Zamiast tego już w pierwszym odcinku postanowiono się go zgrabnie pozbyć. Dzięki temu wprowadzono na scenę Victora, Koshka Brotherhood i w końcu Issaca. Charyzmatycznego bossa Ukraińskiej mafii, granego przez samego Raya „Tytusa Pullo” Stevensona AKA Punishera. Wystarczyło, że był na ekranie i od razu robiło się ciekawiej.  Niebezpieczny, pewny siebie i zabójczy. Wdarł się w niebezpieczną grę z Dexterem, w której z góry był skazany na porażkę. Mimo tak odmiennych postaci wytworzyła się między nimi pewna nić porozumienia, a w innych okolicznościach z pewnością zostali by przyjaciółmi o czym mówi sam Issac. Ta postać pozwoliła też zgłębić Dextera i jego chęć zabijania, a też lepiej zrozumieć swoje uczucia do pewnej szczególnej kobiety. Do Hanny.

I don’t run. I make people run. However, I do run when there’s a bull coming after me with an axe

To właśnie dla niej, a raczej dla aktorki grającej tą postać zacząłem oglądać ten sezon i zupełnie się nie zawiodłem. Już samą obecnością Hanna sprawiała, że robiło się goręcej na ekranie, a chemia między nią a tytułowym bohaterem była namacalna. Kto jak kto, ale ta dwójka pasowała do siebie idealnie. On seryjny morderca, ona domniemana morderczyni. Podobno trucizna i miłość to dwie najgroźniejsze kobiece bronie i coś w tym jest. Ona używała ich idealnie i do końca nie można był być pewnym jej zamiarów. Nawet po finale sezonu zostało kilka niedopowiedzeń dotyczących jej postaci co nieczęsto się zdarza w Dexterze gdzie gościnne występy zazwyczaj są jedno sezonowe. Hanna wywarła poważny wpływ nie tylko na Dextera, ale też na Debre.

Dexter.S07E03.720p.HDTV.x264-IMMERSE.mkv_snapshot_24.15_[2012.10.18_21.25.34]

Właśnie Debra. Zeszłoroczny cliffhanger na długo zostawił nam w pamięci kościelną scenę gdzie pani porucznik na własne oczy widzi jak jej brat dokonuje morderstwa. Szok, niedowierzanie i w końcu próba akceptacji. To wszystko na przestrzeni jednego odcinka. Co najważniejsza sprawa nie rozeszła się szybko po kościach jak śmiali się niektórzy podczas tej długiej przerwy. To właśnie wokół tego kręciła się ta seria. Akceptacji brata, próba zrozumienia mordercy, identyfikacja Mrocznego Pasażera, tej siły sprawczej, która każe zabijać. Pokazano też podwójne standardy, hipokryzję bohaterów wynikającą z miłości, która ostatecznie niszczy i zmienia człowieka. I w przeciwieństwie do Homeland tutaj wypadło to przekonująco. Przekonanie o tym kim naprawdę jest Dexter stłumiło to uczucie, ale ono wciąż się żarzyło i oddziaływało na Debrę. Miłość nie zmieniła jej postrzegania rzeczywistości, było raczej odwrotnie, a jej zrozumienie następowało stopniowo. Nie pogodziła się też do końca ze sobą, wyniszczało to ją i budowało nową bohaterkę. Co najważniejsze Jennifer Carpanter doskonale poradziła sobie z brzemieniem tej roli i dzięki dużej licznie ekspresyjnych scen doskonale widać jak ta aktorka wyrobiła się w ciągu tych kilku lat pracy na planie tego serialu.

Look at us talking blood and gore like we’re on a date sharing our first sexual experience.

Sam Dexter niewiele się zmienił., porównując go do tego sprzed roku. Jednak podczas oglądania flashbecków z czasów pierwszej serii widać jaką ogromną ewolucje przeszedł. Nie jest już pozbawionym emocji potworem, który randkował z Ritą tylko po to żeby zdobyć kolejny eksponat i zapewnić sobie alibi. Jest to potrafiący kochać ojciec szukający zrozumienia i miłości. Chcę się uzewnętrznić, zrozumieć samego siebie i nawet się zmienić, a nic innego temu nie pomaga jak bratnia dusza. Jakby mniej w tym sezonie było wewnętrznych monologów z Harrym, a więcej prawdziwych dialogów z drugim człowiekiem gdzie mógł pokazać kim jest naprawdę. Kochanka o podobnych zainteresowaniach, gangster zaintrygowany jego zachowaniem czy nierozumiejąca siostra. Musiał się przed nimi tłumaczyć czym jest jego Mroczny Pasażer, zdefiniować go i przy tym bardziej go zrozumieć. Była to poczęści podróż w głąb samego siebie z równie intrygującymi towarzyszami. Było dobrze, trochę nadinterpretuje, ale ogólnie jestem bardzo zadowolony jak pięknie wszystkie wątki się ze sobą zazębiały i dotyczyły głównego bohatera. Co ważne to zazębienie nie tyczy się akcji, a raczej narracji i pytania „Kim jest Dexter Morgan?”.

Dexter.S07E03.720p.HDTV.x264-IMMERSE.mkv_snapshot_34.42_[2012.10.18_21.36.18]

W tle działy się też inne rzeczy. Nudne. Quinn i jego nowa dziewczyna, Batista zdający sobie sprawę z kruchości życia czy drobne śledztwo na boku La Guerty, które będzie miało poważne konsekwencję w finale serii. Finale, który można było przewidzieć już kilka tygodni temu. Nie zmienia to jednak jego znaczenia i emocji towarzyszących ostatnim minutom. Ważna decyzja i dalekosiężne konsekwencję. Symboliczne nowe narodziny. Nowy początek czy może początek końca? Tak właśnie określa to Dexter. Jak będzie to się okaże. Prawdopodobnie będzie to ostatnia seria więc będzie się działo. Podobno jeszcze bardziej ma być zgłębiona postać Dextera i większy nacisk będzie położony na jego przeszłość. Ja osobiście liczę na pojawienie się Lumen i Hanny. Dwie zabójcze blondynki w życiu głównego bohatera sporo by namieszały, a przy tym z pewnością skłoniłyby go do dalszych refleksji i przy tym kolejnych rozmów z Harrym.

The dark passenger has been with me ever since I can remember – pulling the strings, running the show. But as it turns out, I’m no puppet.

Jak oceniam sezon? Nie był tak wspaniały co dwa pierwsze czy czwarty. Stawiam go jednak na równi z piątym i dużo wyżej niż ten o Miguelu Prado czy zeszłoroczne nieszczęście. Zamiast wprowadzać jednego złego i ciągnąć to przez kilka miesięcy dano nam kilka mniejszych acz równorzędnych wątków koncentrujących się na Morganie. Można się przyczepić, że miały świetny początek, krótkie rozwinięcie i nagły koniec, ale najważniejsze że wciągały. To był dobry kawałek telewizji, za który powinniśmy być wdzięczni. Oby tylko zakończenie historii Dextera było lepsze bo po tylu latach zaledwie dobrze będzie rozczarowaniem.

OCENA 4+/5

Homeland S02

Gallery

Homeland jest modelowym przykładem jak kilka nietrafionych pomysłów scenarzystów i stracenie rozpędu w połowie sezonu może wpłynąć na odbiór całości. Obiektywnie patrząc było bardzo dobrze – 8 odcinków powyżej i 4 poniżej średniej sezonu. Niestety te słabsze były emitowane w takim miejscu, że zapomniało się o tych lepszych i to one wpłynęły na całosezonowe wrażenie. Nawet w pewnym momencie miałem kryzys i myślałem, że po tym sezonie zakończę moją przygodę z tym serialem, na szczęście ochłonąłem, przemyślałem wszystko i doszedłem do wniosku, że teraz może być tylko lepiej i w przyszłym roku serial z okolic 10 miejsca rankingu podsumowującego sezon wyląduje bliżej pierwszej piątki tam gdzie jego miejsce.

„It fucked me up…being wrong about Brody. It fucked me up.”

Recepta jest prosta, należy wrócić do tego co jest dobre i stanowiło o sile tej produkcji w pierwszej serii. Chodzi o niejednoznaczności i niedomówienia. Więcej zabawy z widzami, możliwości snucia pokręconych teorii i momentów trzymających w napięciu. Mniej za to melodramatu. Tego nie chcę oglądać. Na początku relację Carrie/Brody były emocjonujące, czekałem co się stanie, w jakim kierunku wyewoluuje ich znajomość, ale w tej serii miałem dość tej dwójki. Paradoksalnie jedne z najlepszych momentów zeszłego sezonu teraz były najnudniejsze i aż chciało się przewijać do przodu sceny z ich udziałem. Nudna okazała się też kampania polityczna Nicka i kolejna fala problemów u Brodych. Zaczynając oglądać Homeland pisałem się zupełnie na co innego czyli walkę z terroryzmem, skrupulatna pracę agentów, zwroty akcji czy mroczną stronę agencji. I to dostałem, ale między tymi scenami jest sporo zapychaczy, które frustrują. Część winy leży w prowadzących serial, bo zbytnio starali się z niego zrobić obyczajówkę i o tym jak przeszłość żołnierza wpływa na życie rodzinne, jak wojna zmienia człowieka i do czego może doprowadzić zobowiązanie. Założenie dobre, wykonanie średnie. Irytują też wątki prowadzące donikąd co jest wynikiem złego planowania. Już po pierwszym sezonie w wywiadach mówili, że długo nie wiedzieli czy uśmiercą Nicka. Teraz wyszło na jaw, że wprowadzili jeden bardzo nudny wątek, który miał się skończyć zupełnie inaczej, ale zmieniono plany. Panowie, nie tak się robi serial. Pierw skrupulatne planowanie, rozpiska punktów kulminacyjnych, potrójne sprawdzenie czy wszystko się zgadza, a dopiero potem pisanie scenariuszy do odcinków i wyjście na plan. Liczę, że w końcu wnioski zostaną wyciągnięte. Można też liczyć, że w przyszłym roku będzie mniej wątków rodzinnych bo twórcy amerykańskiego Homeland robią serial o żołnierzu, który powrócił z wojny. Liczę też, że zostanie poprawione prowadzenie bohaterów. Carrie to postać, która o wiele lepiej wypadła rok temu. Była tajemniczą agentką z tajemniczą chorobą i dążącą do celu czyli ochrony amerykańskiego narodu. W tym roku była szaloną agentką z obsesją. Jest to kolejna rzecz do poprawy bo nie wiem czy zniosę kolejny rok patrzenia na wyłupiaste oczy Claire Danes nawet jeśli zostaną tak fenomenalnie zagrane jak przez te dwa sezony. Poprawie musi też ulec logika i większe przywiązanie do detali. Niektóre zagrywki były żenująca naiwne i raziły swoimi uproszczeniami. To są główne grzechy, które muszą zostać naprawione. Howard Gordon i Alex Gansa mają jakieś pół roku żeby wyciągnąć wnioski z krytyki tego sezonu i poprawić swoje błędy. Jeśli to się nie stanie Homeland będzie serialem o największym zmarnowany potencjale w ciągu ostatnich kilu lat.

Homeland.S02E02.720p.HDTV.x264-EVOLVE.mkv_snapshot_21.03_[2012.10.10_16.11.13]

Byłoby szkoda jeśli by do tego doszło bo postacie mimo, że zdarzały się się momenty mocno irytować i były słabo rozpisane wciąż stanową o sile tego serialu. To jak są ze sobą powiązane, jak każdy oddziałuje na życie innych i jakie niesie to za sobą konsekwencje jest jednym z najlepszych elementów produkcji. I tutaj zostało to jeszcze lepiej pokazane, akcja niesie za sobą kontrreakcję. Działania Abu Nazira są wynikiem aktu CIA, Brody został stworzony przez Nazira i zmienił Carrie, ona jest w centrum wszystkiego, to łącznik między tymi dobrymi, a złymi. Widzi wzory, których inni nie dostrzegają, jest kluczowym elementem układanki co jest szczególnie widoczne w przedostatnim odcinku gdzie ma miejsce jeden z punktów zwrotnych serialu. Wszyscy ci bohaterowie są perfekcyjnie zagrani, szczególnie główna dwójka co udowodnili w tym roku zgarniając dublet za najlepsze role w serialu dramatycznym podczas rozdania Emmy. Równie ciekawie co rok temu oglądało się Brodyego. Tym razem nie było niepewności czy jest terrorystą, ale czy przekroczy linię. czy będzie mógł sobie spojrzeć w oczy i czy jego praca dla terrorystów go zmieni. Niestety dobrze zapowiadający się pomysł, który został zaakcentowany w finale S01 „“Why kill a man when you can kill an idea?” został porzucony i zamiast wyrafinowanych posunięć i niszczenie systemu od środka był motyw kolejnego zamachu. Reszta aktorów nie odstaje, nawet dzieci grają poprawnie. W tym sezonie było więcej Waldena i ciekawych relacji między nim, a Brodym. Jeden myśli że są najlepszymi przyjaciółmi, a drugi chcę śmierci kolegi. Szkoda, że nie było więcej scen między tą dwójką. Cieszy też pojawienie się zupełnie nowej postaci – Petera Quinna, nowego agenta CIA, który ma prowadzić tajną obserwacje i co oczywiste skrywa własną tajemnicę. Gdyby tylko on dostawał więcej scen, a nie Mike byłoby o wiele lepiej…

„I’m more alone than I was in the bottom of that hole in Iraq.”

Jeśli chodzi o główny wątek wciąż była to walka z terroryzmem. Początkowo został on mocna zaakcentowany jednak później jakby o tym zapomniano i był on tłem. W pilocie serii okazało się, że Izrael zaatakował placówki nuklearne Iranu, a USA jest na progu wojny z nimi. Zapowiadało się doskonałe political fiction z nawiązaniem do współczesnej sytuacji geopolitycznej. Zapowiadało się, bo te akcje, które tak mną wstrząsały na początku nie miały żadnych konsekwencji w dalszej części. Wrócił Abu Nazir i to na nim koncentrowała się historia tego sezonu. Przez pierwsze sześć odcinków było szaleńcze tempo, zwrot akcji za zwrotem, a już 4 odcinek mógł wyglądać jak finał tej serii. Dostaliśmy też trochę akcji, strzelania, dalsze szukanie kreta, radzenie sobie z konsekwencjami minionych wydarzeń. Było dobrze do pewnego momentu gdy środek ciężkości serialu przesunął się w stronę nieszczęsnych relacji Carrie/Brody, po czym zrobiło się monotonnie i naiwnie.

Homeland.S02E05.720p.HDTV.x264-EVOLVE.mkv_snapshot_45.22_[2012.10.29_23.28.53]

Wymowa serialu jest jasna – terroryzm jest wciąż aktualny. Mimo ciągłej walki i chwilowych zwycięstw w każdej chwili można otrzymać cios. Starano się też zgłębić sposób myślenia Abu Nazira i pokazać jak cienka jest granica między terrorystą, a patriotą. Czy raczej jak błędnie można sobie wyobrażać walkę o dobro ojczyznę. Znowu ukazano, że tym złym może być ten kto działa z dobrych pobudek, a niewinni giną zarówno z rąk Al – Kaidy jak i rządu USA.

Ważnym aspektem tego sezonu była miłość. Niszcząca, przysparzająca cierpień, ale też dająca wytchnienie i poczucie ukojenia. Nie tylko ta namiętna, ale też rodzicielska. Miłość z której wynikają konsekwencję, negatywne i pozytywne. Miłość wbrew logice. Miłość służąca celu oraz ta która jest wynikiem zrozumienia i głębokiego uczucia. Szczeniacka i dojrzała. Nowa i wypalona. Odnowiona i porzucona. Do pracy i drugiego człowieka. Do prawdy i pełna kłamstwa. Można by jeszcze kilka rodzajów wymienić, ale te kilka przykładów obrazuje sezon. To waśnie ta namiętność  była siła napędową tej serii. Czasem to irytowało, brakowało chłodnej logi zamiast emocjonalnego zachowania, ale były też momenty gdzie można się było wzruszyć.

Homeland.S02E12.720p.HDTV.x264-IMMERSE.mkv_snapshot_00.51.24_[2012.12.17_23.30.24]

Ostatecznie mimo całkiem sporego narzekania ten sezon nie był fatalny. Ewidentnie był pisany pod aktorów by znowu mogli błyszczeć w rolach za które zdobyli uznanie widzów i krytyków. Ucierpiała przez to historia, szczególnie w drugiej części sezonu jednak finał wynagradza chwilę zwątpienia. Myślę, że warto będzie sprawdzić kolejny sezon bo potencjał w historii wciąż jest ogromny. Sama ocenę będzie zaniżona bo od tego serialu oczekuje więcej i ten sezon oceniam w świetle poprzedniego. Inaczej się nie da, za bardzo rozbudzone zostały apetyt na niesamowitą historię, a uraczono nas zaledwie dobrym daniem.

OCENA 4-/5

Sons of Anarchy S05

    soaka

Ten sezon był słabszy od poprzedniego, oglądało się go dużo gorzej i było kilka nudnych odcinków. Nie znaczy to, że był słaby, o czymś takim nie może być mowy. Był zaledwie bardzo dobry, na czym zaważył przede wszystkim środek serii, który spuścił nieco z tonu. Zabrakło też budowania napięcia na przestrzeni tych kilkunastu epizodów. Nie oczekiwałem końca tak jak rok temu. Brakowało gęstej atmosfery i przeczucia, że zbliża się coś wielkiego. Zamiast tego dostałem kilka tygodni z życia klubu i radzenia sobie z nowymi problemami wynikającymi z ich wcześniejszych działań. Oczywiście, był wątek przewodni i koniec można było przewidzieć, ale nie położono takiego nacisku na fabułę jak rok temu. Brakowało też na prawdę mocnych i niezapomnianych momentów, a przymiotników takich jak „perfekcyjny” czy „fenomenalny” używałem nie tak często jak w zeszłym sezonie. Minusów i osobistych zawodów tyle. Reszta będą w większości zalety bo to wciąż serial wybijający się na tle obecnie emitowanych pozycji.

Sezon rozpoczyna się z rozmachem, a SAMCRO wpada z deszczu pod rynnę jakby mało mieli kłopotów. Do problemów z CIA dojdą konsekwencję ostatnich czynów Tiga z poprzedniego finału czyli zabicia córki Demona Pope’a. Jest to wróg inny od poprzednich, wyrachowany biznesmen nie ulegający emocją dlatego walka z nim okaże się taka ciężka, a gangsterskie metody zawiodą. Klub z jego powodu będzie cierpiał przez cały sezon. Równie kłopotliwy co konflikt zewnętrzny będzie ten wewnętrzny. Po tym co działo się w zeszłej serii dojdzie do nasilenia konfliktu między Jaxem, a Cleyem, a konkluzji doczeka się też kilka starych wątków. Czyli będzie się działo. Może nie tak dużo i nie tak dynamicznie co dawniej, ale na nudę nie będzie można narzekać, a im bliżej końca sezonu tym większy syf w klubie co chyba jest już tradycją.

Sons.of.Anarchy.S05E04.720p.HDTV.x264-EVOLVE.mkv_snapshot_24.43_[2012.10.03_23.26.15]

Jednak sama fabuła nie była najważniejsza w tej serii. Najważniejsi byli bohaterowie. Większy nacisk położono na relację Jax/Clay, a mniejszą rolę zaczęli odgrywać Juice i Opie, których całkiem sporo było w S04, a tutaj pojawiali się sporadycznie. Częściej za to gościł na ekranie Chibs i Otto. Można też zauważyć pewien trend w tym sezonie – degeneracja bohaterów. Owszem to są gangsterzy i muszą być brutalni, ale tutaj zaczęli przechodzić samych siebie, nie raz przekraczali granicę przez co traciłem do nich część sympatii bo nie mogłem usprawiedliwić ich czynów. Największym wrogiem okazał się nie Damon Pope, a raczej bohaterowie dla samych siebie. Autodestrukcyjne zachowanie  i niewłaściwe wybory, które niosą za sobą potencjalnie katastrofalne skutki. Nawet Roosvelt zdradził swoje ideały. Co ważne, wszystkie te działania są zgodne z charakterem postaci więc nie można narzekać na to co się dzieje. Otto ma cierpieć, Tara upodabnia się do Gemmy, a cała rodzina Taylorów jest dla siebie toksyczna. Ten kurs został obrany już dawno i Kurt Sutter konsekwentnie się go trzyma.

Sporo działo się też u żeńskich bohaterek. Relacje Tary z Gemmą od zawsze były ciężkie i te dwie nigdy nie mogły na dłużej zakopać topora wojennego. Tutaj jest dalsza eskalacja ich konfliktu i paradoksalnie pokazanie podobieństw między tymi dwiema kobietami. Zachowanie Claya przy życiu odcisnęło piętno na jednej i drugiej – Gemma szaleje w klubach, pije, pali trawę i uprawia niezobowiązujący seks, a Tara trzyma broń pod ręką, również nie stroni od alkoholu, ale też chcę się dowiedzieć więcej o działalności ukochanego. Zrobi wszystko by chronić swoją rodzinę, a teraz uważa za nią też klub. Zdaje sobie jednak sprawę z tego że Charming jest toksyczne, ma go dość i przez to jest rozdarta wewnętrznie. Mimo wszystko stara się chronić Jaxa tak jak dawniej Gemma Claya.  I oczywiście będzie to miało swoje konsekwencję.

Sons.of.Anarchy.S05E01.720p.HDTV.x264-EVOLVE.mkv_snapshot_07.06_[2012.09.17_00.09.49]

Damon Pope to nie jedyna nowa postać, która pojawiła się w tej serii. Równie ważną rolę odgrywa Nero Pedrila. Jest to właściciel burdelu z gangsterską przeszłości, który wchodzi w bliższe relację z klubem i Gemmą. Postać ta pogłębia Gemmę i zmusza ją do ciężkich wyborów, ale też ma wpływ na Jaxa. Tak jak on, Nero obiecał sobie że przejdzie na emeryturę, będzie żył spokojnym życiem wraz z synem i skończy ze starym. Jax chcę tego samego dlatego tak dobrze się rozumieją. Koniecznie w tym momencie trzeba pochwalić osoby odpowiedzialne za castingi bo wybranie do ról Harolda Perrineau (Pope) i Jimmego Smitsa to strzał w dziesiątkę. Ten pierwszy wcielił się w tak odmienną postać od Michaela z Lost mimo, że też stracił dziecko, a ten drugi charyzmatyczny i niezapomniany jak zawsze. Całkiem niespodziewany występ zaliczyła też Ashley Tisdale, która całkiem nieźle się wpasowała w konwencję serialu. Walton Goggins (Venus van Dame!) i Joel McHale wprowadzili do serialu trochę humoru i na pewno ich występy zostaną zapamiętane. Szczególnie Gogginsa.

Zapamiętane zostaną też niektóre sceny tego sezonu. Było ich raptem kilka, ale były niezwykle emocjonujące i długo po obejrzeniu odcinka egzystowały na granicy świadomości. Oczywiście epatowały one brutalnością, ale tutaj ma ona swój cel, nie jest tylko by szokować. Tutaj ona wywołuje emocję i je uwypukla, jest pokazywana z pietyzmem by podkreślić okrucieństwo sytuacji i czynów jakich dopuszczają się postacie. Jest odzwierciedleniem ich bezwzględności lub tragedii. Były też sceny przyjemne i zabawne, o których szybko się zapomina, ale umilają oglądania i podkreślają klimat. Może i brakuje im świeżości, ale pościgi i strzelaniny dalej są efektowne, a czarny humor wciąż bawi, szczególnie Chucky, który chyba nigdy się nie znudzi.

Sons.of.Anarchy.S05E01.720p.HDTV.x264-EVOLVE.mkv_snapshot_31.38_[2012.09.17_00.34.38]

Słówko o muzyce. Jak zwykle niesamowita, idealnie dobrana i dostosowana do tego co dzieje się na ekranie. Dynamiczne meksykańskie rytmy podczas pościgów czy melancholijne melodię gdy dzieje się coś smutnego. Występują też klamry muzyczne spinające niektóre odcinki co wpływa na ich kompozycję. Ogromny plus też za cover Sympathy fot the Devil z finału sezonu. Wyszedł równie udanie co House of the Rising Sun z S04.

Niesamowity utwór na koniec sezonu to nie jedyna rzecz spinająca te dwa finały. Jest też symboliczne odwołanie do ostatniej sceny, która zapewne znowu określi kierunek rozwoju serialu. Bo to co działa się w finale będzie miało istotny wpływ i może mocno przedefiniować Sons of Anarchy. Czy się udan? Wszystko zależy od odwagi Kurta Suttera bo może równie zachowawczo postąpić jak rok temu. Ja czekam na następną serię bo określenie „bad ass biker Sopranos” nie jest na wyrost. Owszem z sezonu na sezon jest coraz gorzej, ale wciąż na tyle dobrze, że warto oglądać.

OCENA 4/5

„Elantris” – Brandon Sanderson

Gdy przeczytałem recenzje Elantris w martwym już zinie Playback zachwyciłem się książką. Stwierdziłem, że muszę ją mieć. Na początku nie mogłem jej znaleźć w księgarniach w moim mieście, po pewnym czasie stwierdziłem, że trzeba skorzystać z allegro, ale nie udało mi się znaleźć egzemplarza w atrakcyjnie cenie. Wraz z upływem czasu zapomniałem o książce, ale ten tytuł wciąż znajdował się na karteczce z listą „do kupienia”. Po pięciu latach nie wiedziałem już dlaczego, pamiętałem tylko że recenzja była bardzo pozytywna i praktycznie tyle. Dlatego wiele się nie namyślając zakupiłem swój egzemplarz gdy zupełnie przypadkiem trafiłem na Elantris na stoisku z promocjami w Carrefourze. I nie żałuję tego spontanicznego zakupu bo za 10 zł udałem się w całkiem egzotyczną wyprawę.

Tytułowe Elantris to miasto bogów zamieszkane przez postacie przypominające elfy. Jego architektura zapierała dech w piersiach. Zwykli ludzie byli pod wrażeniem tego miejsca. Niezwykli czyli Elantrianie byli piękni i nieśmiertelni .Władali też potężną magią, której używali do czynienia dobra. Każdy mógł zdobyć boskie moce. Przemiana była losowa, wybierała bogatych oraz biednych i nikt nie wiedział czemu akurat te osoby zostały wywyższone ponad inne. Jednakże wszystko co dobre musi się skończyć i nastał tajemniczy koniec Elantris. Magia przestała działać, miasto upadło, a ci którzy przeżyli rewolucję żyli w cierpieniach, a ich dawna siedziba stała się więzieniem. Przemiana jednak nadal uderzała na ślepo tylko teraz zamiast stać się błogosławieństwem okazała się być przekleństwem.

Głównych bohaterów książki jest trzech, a centralnym z nich jest książę Arelonu i następca tronu Raoden. Już na pierwszych stronach dosięga go przemiana i staje się on jednym z wyklętych. Trafia do tajemniczego miasta i uczy się z w nim żyć. Poznaje jego historię i podział społeczny. W jego rozdział książka była dla mnie taką fantastyką w klimatach post apokaliptycznych. Może i akcja rozgrywając się na niewielkiej przestrzeni, ale nie można było jej odmówić uroku. Zniszczone Elentris zostało szczegółowo przedstawione i wbrew pozorom było pełne życia. Mieliśmy degeneratów, kanibali, ludzi pozbawionych zasad moralnych i tych którzy dostosowali zasady do nowego świata. Nasz książę szukał sensu życia i nadawał go innym. Pokazał, że cierpienie nie musi oznaczać końca. Nie mogło zabraknąć też akcji takiej jak walki gangów i przedzierania się przez miasto. Niestety tutaj autor średnio sobie radził bo nie było to wystarczająco efektowne. O wiele lepiej wychodziły rozdziały gdzie bohaterowie ślęczą nad książkami (takie moje małe zboczenie – uwielbiam książki w których bohaterowie czytają stare księgi) lub prowadzą długie rozmowy niepozbawione humoru. Tutaj było widać lekkość pióra autora.

Żeńskiego pierwiastka książce nadaje Soena czyli niedoszła żona Raodena. Gdy przybywa do stolicy Arelonu, Kae, dowiaduje się że jej narzeczony nie żyję ale na mocy umowy małżeństwo zostaje zawarte, a sojusz polityczny pozostaje ważny póki księżniczka pozostanie na dworze swojego teścia. Soena jest typową zawadiacką księżniczką szukającą swojego miejsca i mimo swojej postawy mażąca o księciu z bajki. Nie raz już widzieliśmy taką postać dlatego z początku nudziła, czasem zachowywała się niezgodnie z opisem jej charakteru, a wątek miłosny dość sztampowy. Jednak wraz z upływem czasu gdy dowiadywaliśmy się więcej o intrygach na dworze oraz społeczeństwie kraju i świata robiło się coraz bardziej intrygująca. Tutaj dla odmiany autor zadaje pytania o istotę władzy, kto powinien ją sprawować i czy niekompetentny władca powinien ją utrzymać. Jest też krytyka władzy opartej na pieniądzu. Oczywiście Soena i Raoden w końcu nawiązują znajomość i dwie z pozoru odrębne linie fabularne mają ze sobą coraz więcej wspólnego i coraz mocniej się przeplatają im bliżej finału mimo że bohaterowie nie są tego świadomi.

Jak każda książka i ta potrzebowała tego złego. Tutaj jest on potraktowany na równie z dwójką bohaterów pozytywnych. Jako ciekawostkę wspomnę tutaj o budowie książki – niemal przez wszystkie 60 kilka rozdziałów co trzeci jest poświęcony konkretnemu bohaterowi. Nie są one długie przez co po skończeniu jednego jak najszybciej chcemy wrócić do konkretnego bohatera i zamiast przeczytać „jeszcze tylko 1 rozdział” to siedzimy do późna w nocy bo mnożą się nam cliffhangery. Niby podobne rozwiązanie było w Pieśni Lodu i Ognia, ale tutaj ze względu na niewielką liczbę postaci o wiele szybciej wracamy do tej ulubionej i nie trzeba czytać kolejnych 200 stron by dowiedzieć się jak wyjdzie z kłopotów.

Wracając do Hrathena bo tak właśnie nazywa się kapłan Derethi, przybył do Arelonu by go zbawić i nawrócić na jedyną i właściwą religię. Po raz kolejny bohater nie dość że jest ciekawy i otaczają go równie interesujące postacie drugoplanowe to jest też pretekstem do zadawania trudnych pytań. Tym razem dotyczących religii. Wprawdzie autor nie szuka na nie odpowiedzi, ale z pewnością skłania czytelnika do zadumy. Czy jest sens religijnych wojen? Czy wiarę można logicznie wytłumaczyć? Ile można poświęcić i czy jest coś takiego jak mniejsze zło? Widać tutaj wyraźną inspirację naszą historią i uważny czytelnik znajdzie kilka nawiązań. Szkoda tylko, że postać ta kończy w sposób jaki kończy, a jej ewolucja nie jest tak dokładnie opisana jakbym chciał. Mimo wszystko wyśmienicie czyta się starcie wyrachowanego proroka z żarliwym fanatykiem. Dodatkowego smaczku jego postaci dodaje też to, że wbrew pozorom jego postępowanie ma pomóc mieszkańcom  miasta tyle że inni nie zdają sobie z tego sprawy. To właśnie to nakładanie się wątków tych trzech postaci czynni książkę taką interesującą.

Inną rzeczą, która nie pozwala się od niej oderwać jest wykreowany świat. Opelon jest w stanie zimnej wojny. Imperium Jaddetha nie panuje tylko nad dwoma królestwami z czego jedno (w sensie jego władca) nie zdaje sobie sprawy z zagrożenia, które jest realniejsze niżby się wydawało. Geografia świata poznajemy pobieżnie, tak jak historię. Wiemy że są jakieś państwa, znamy ich ogólna charakterystyka, ale autor nie snuję długich legend i nie przedstawia ich dokładnej historii. Książka jest bardzo skonsolidowana i skupia się na tym co tu i teraz. To miła odmiana po tych wielkich cyklach z szczegółowo opisanym światek. Tutaj autor poświęcił więcej miejsca językowi i magii za co ma u mnie kolejne punkty do respektu. Stworzyć historię jest stosunkowo łatwo język już trochę trudniej. Miałem dużo zabawy odkrywając alfabet i to jak jest powiązany z magią gestów. Nie będę jednak o tym pisał bo właśnie system magii Elantris (i tajemnicze inne systemy) jest jedną z większych zalet książki.

Niestety nie obyło się bez kilku irytujących wad. Prócz tych wymienionych mimochodem wcześniej dodam jeszcze, że za duży nacisk położono na wątek miłosny i znajduje się on w miejscu w którym być nie powinien. Zirytowało mnie też rozwiązanie jednego z wątku. Bohaterowie stanęli przed poważnym zagrożeniem, a rozwiązanie spadło z nieba. Tak się nie robi. Dobrze jednak, że te wady to tylko drobne minusy, które nie rzutują na całość i szczerze mówiąc mają źródło tylko w indywidualnych preferencjach.

Elantris gorąco polecam, nie zróbcie tego samego błędu co ja i kupcie książkę od razu. Udowadnia ona czemu Brandon Sanderson tak szybko zyskał sobie tylu fanów i czemu został poproszony o dokończenie Koła Czasu Jordana. To pozycja, którą powinny się też zainteresować osoby znudzone wielotomowymi cyklami. Bohaterów szybko się polubi i zrozumie ich motywację i cele – Radoen naprawia, Hrathen nawraca, a Soena buntuje się. Gromadka bohaterów drugoplanowych również jest niczego sobie, a sam świat Elantris skrywa jeszcze mnóstwo tajemnic. Gwarantuje, że będziecie chcieli tam wrócić.

OCENA 5=/5

Fringe S05E02 In Absentia

Fringe to serial niekonsekwentny. Na początku nie posiadający własnej tożsamości, rozbudowujący parę wątków, potem je porzucający, zmieniający kierunek rozwoju o 180 stopni i skupiający się na wojnie dwóch światów. Porzucono wątek Wzoru czy apokaliptycznych nawiązań. Wraz z 5 sezonem mamy kolejny zwrot, alternatywnej rzeczywistości nie ma, jest tylko szara przyszłość. I zupełnie nie przeszkadza, że serialowi brak spójnej fabuły na przestrzeni tych pięciu serii. To serial o ludziach w nadzwyczajnych sytuacjach. Jest to próba zgłębienia natury człowieka czyli tematu do którego konwencja sci-fi idealnie pasuje. I dlatego brak konsekwencji i skakanie po tematach należy twórcą wybaczyć i czerpać przyjemność z kolejnych przygód naszych bohaterów.

Odcinek drugi tak jak premiera serii zaczyna się flashbackem. Znowu dostajemy to samo wydarzenie – początek inwazji i zagubienie Etty. Nawet jest spotkanie w namiocie Olivii i Petera tylko, że tym razem dialog trwa trochę dłużej. Trochę rozczarowujące bo miałem nadzieje, że co odcinek będzie eksplorowany nowy, ważny moment walki z najeźdźcami. Jednak jest na to logiczne wyjaśnienie – tym razem śniła Olivia i to ona budzi się spocona i z krzykiem Etta na ustach. Pięknie pokazano, że trauma utraty dziecka dotknęła oboje rodziców i z chęcią się dowiem jak jej szukali w przeszłości. Ciekawe czy w następnym odcinku inwazją zostanie pokazana z perspektywy Astrid lub Waltera.

Z Ettą wiąże się kolejny ciekawy motyw odcinka i zapewne jeden z przewodnich wątków sezonu – poznawanie rodziny. Te nieznaczne gesty, spojrzenia na siebie, wymowne milczenie, często zakłopotanie, pokazują jak trudne są pojednania po tylu latach. Jednak jak to w rodzinie jest też zaufania, Olivia zdaje się na osąd córki mimo, że się z nią nie zgadza. Pozwala się jej wykazać samodzielnością mimo, że się o nią martwi. Zapewne chcę ją traktować jak małą córkę, ale zdaje sobie sprawę, że jest ona już dojrzałą kobietą z której zdaniem trzeba się liczyć. I bardzo dobrze, że serial poszedł w tym kierunku. Nie ma, przynajmniej na razie, oklepanego konfliktu pokoleń i durnych kłótni, które oczywiście skończyłby się pojednaniem. Jest za to powolne budowanie zaufania i próba odnalezienia się w nowej sytuacji.

Nie tylko rodzina odkrywa się na nowo, ale też Olivia próbuje się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Nie jest ona przyzwyczajona do tego brutalnego świata i musi na nowo zaakceptować reguły gry. Robi to jednak niechętnie i zarazem pozostaje wierna swoim zasadom. Wie, że nie może walczyć z Ettą i nakłaniać ją do tych samych zasad moralnych co sama wyznaje. Jej córka jest produktem zdegenerowanego świata, gdzie kolejny dzień jest walką o przeżycie, a mieszkańcy są pozbawieni nadziei na poprawę.. Dlatego też nie widzi problemów z torturowaniem i zabiciem lojalisty. Sam ruch oporu posługuje się równie brutalnymi metodami co siły rządowe, przystosował się do świata i uznaje, że ogień należy zwalczać ogniem. Jestem ogromnie ciekaw jak wyjdzie spotkanie resztek Fringe Division z ich przywódcami i jak się zmieni ich modus operandi. Olivia udowodniła Etcie, że wciąż jest nadzieje i że należy dostrzegać dobro w ludziach. To właśnie dobro i niezwykły hart ducha są zdolne zmienić świat.

Niezwykle ciekawie prezentowała się też historia schwytanego żołnierza lojalistów. Poznajemy go z dwóch stron – jako wiernego sługę najeźdźców i normalnego człowieka jakich wiele, nie pozbawionego skrupułów i wrażliwego. Znajduje się on w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. Zszedł do laboratorium by karmić gołębie. Rzecz zupełnie abstrakcyjna w tym okrutnym świecie, a jednak ktoś nadal jest wrażliwy na przyrodę mimo, że służy tym złym. W rozmowach z Olivią i Ettą całkiem dobrze go poznajemy. Budzi tez w pewnym momencie naszą sympatię. Odkrywamy dzięki niemu czemu ludzie ulegają wrogowi, jest mowa o woli walki i poddaniu się. Szczerze mówiąc to chciałbym go jeszcze spotkać i zobaczyć jak jego życie się zmieniło. Czy nabrało sensu czy może tchórzostwo i wygoda zwyciężyło. Czy silniejsza jest chęć wiara w zwycięstwo czy uleganie instynktom.

Napisałem ponad 500 słów i jeszcze nic o fabule, ale to dlatego że jak nakreśliłem we wstępie – w tym serialu najważniejsze są postacie mimo, że sama warstwa fabularna jest niezwykle wciągająca i co odcinek każe zadawać pytania charakterystyczne dla najlepszych produkcji „co dalej?” i „czemu trzeba czekać na następny epizod tak długo?”. Co się więc wydarzyło? Niewiele. Bishopowie (i Astrid) udali się do Harvardu by odnaleźć jakieś ślady zapomnianego planu Waltera. Tam znajdują kasetę, która odsyła ich do kolejnego materiału. I praktycznie tyle przez całe 40 minut. Trochę mi się to nie podoba bo przypomina to trochę grę RPG gdzie drużyna błąka się po świecie w poszukiwaniu artefaktów, które uchronią go przed zagładą. Jednak z perspektywy tych czterech serii jestem pełen wiary w twórców i pewien, że jeszcze nie raz nas zaskoczą.

Na koniec kilka spraw. Ta pierwsza to szalone zachowanie Waltera i jego nerwowe tiki. Czyli jednak Windmark poważnie uszkodził mózg Waltera i mamy powtórkę z dawnych sezonów. Szkoda bo liczyłem, że jednak teraz dostaniemy go opanowanego i metodycznego. Jednak mimo wszystko jego postać dalej potrafi rozbawić i wzruszyć. Nawiązując do niego muszę wspomnieć o Ministerstwie Nauki znanym z 4×19, które swoją siedzibę (lub przedstawicielstwo) ma w budynku Harvardu. Widzimy nieludzkie eksperymenty na ludziach i mózgach prowadzone przez Obserwatorów. Czyżby nawiązanie do prac Waltera, które on i Belly przeprowadzali w tym samym budynku?  W jednej z z sal można zaobserwować głowę Simona. To jednoznaczny sygnał, że Henry Ian Cusick nie powróci w całej okazałości. Można jednak liczyć, że jeszcze usłyszymy jego charakterystyczny głos. Liczę też, że zobaczymy Ginę. Harvard został zabursztynowany więc może i nasza ulubiona serialowa krówka przetrwała koniec znanego nam świata. Mam też marzenie żeby zobaczyć co dzieje się w innych rejonach globu, ale to chyba pozostanie marzeniem. To serial amerykański i pewnie tylko na Ameryce będzie się skupiał.

Podsumowując – kolejny solidny odcinek skupiający się na człowieczeństwie bohaterów i znowu nie wiadomo kiedy minęło to 40 kilka minut. Niestety mam ten sam zarzut co ostatnio – brak Niny i Broylsa. I oby następny epizod naprawił to uchybienie.

OCENA 4+/5

„Namiestniczka. Księga 1” – Wiera Szkolnikowa

Jestem pozytywnie zaskoczony, nie spodziewałem się że książka aż tak mnie wciągnie. Kupiłem ją bo trafiłem promocję na allegro i była bardzo zachęcająca ze względu na stosunek cena/ilość stron. Myślałem, że dostane się do klasycznej krainy fantasy i będę ją czytał głównie w pociągu bo inaczej nie będzie czasu. Jak się myliłem! Książkę skończyłem w niecały tydzień mimo, że ma ponad 800 stron. Może i nie była innowacyjna, ale autorka umiejętnie łączyła sprawdzone pomysły i wzbudzała w czytelniku emocję przez co nie można się było od niej oderwać, a przecież sam pomysł na fabułą nie jest niczym oryginalny.

Mamy starożytną przepowiednią, wybrańców którzy muszą stawić czoło zbliżającemu się końcowi, twarde i samodzielne kobiety (nie rzadko silniejsze od mężczyzn) czy intrygi w królewskich rodzinach. Są też romanse. Wszystko to stanowi integralną, całość, a wątki na pozór nie związane ze sobą w końcu zaczynają się przeplatać. Tytułową bohaterką jest Enrissa jednak nie znaczy to, że książka jest o niej. Historię obserwujemy też z perspektywy dawnego bohatera wojennego, który ponad wszystko stawia sobie honor. Z pozoru postać szablonowa, ale wyzwania przed którymi stoi wystawiają go na próbę. Mamy też dwójkę jego dawnych podkomendnych i zarazem wasali Namiestniczki. Każdy z nich żyje swoim życiem, zakochuje się, podejmuje trudne decyzje i popełnia błędy. Bohaterów poznajemy całkiem nieźle ponieważ książka opisuje ponad 10 lat z życia Imperium Anryjskiego. Coraz lepiej ich rozumiem i nie dziwią nas ich wybory. Muszę też przyznać fabule, że wzorowo się rozkręca na początku stawka jest niewielka, ale wraz z upływem czasu rośnie by osiągnąć moment kulminacyjny na końcu. Samo zakończenie jest satysfakcjonujące mimo, że jest to pierwszy tom trylogii. Nie pozostawia niedosytu, a jedynie zaostrza apetyt na kolejny tom.

Bardzo mi się podobał świat wykreowany przez Wiere Szklnikową. Przypomina on końcówkę naszego średniowiecza czy początek renesansu z tym, że władzę sprawuje kobieta (w związku z tym że autorką jest Rosjanką skojarzenia z carycą Katarzyną II nasuwają się same). Mamy wielkie reformy wojskowe, wyprawy za morskie, wynalezienie prochu strzelniczego i próbę zmniejszenia niezależności podległych księstw. Mamy też elfy. Odmienne jednak od tych Tolkienowskich te są bardziej mroczne więcej czasu poświęcają spiskom. Z innych elementów fantastycznych jest magia (której działanie nie zostało jasno sprecyzowane) oraz ingerencja bogów w życie śmiertelników. Jeśli miałby przyrównać Namiestniczkę do jakieś topowej produkcji byłaby to Pieśń Lodu i Ognia tylko, że tutaj jest o wiele więcej elementów nadnaturalnych. Podobna jest też religia opierająca się na Siedmiu bogach i często brutalny sposób przedstawienia świata. Ja na pewno nie chciałbym tam mieszkać. Szkolnikowa jednak nie skupia się na problemach maluczkich, ją tylko interesują główni bohaterowie i to oni są osią akcji co mi się bardzo podoba. Nie ma niepotrzebnych zwolnień i Martniowskich bezcelowo ciągnących się wątków. Koniec jest z góry ustalony i autorka konsekwentnie do niego dąży. Jednak od czasu do czasu opowiada historię Anry, bohaterowie wspominają dawnych herosów, a zdarza się też że czasem jesteśmy raczeni opisami ówczesnej mody. Na szczęście nie ma kilkustronicowego streszczenia menu wielkiej uczty bądź ciągnącego się w nieskończoność wesela.

Podoba mi się też styl jakim książka została napisana. Przypomina to trochę gawędziarza snującego długa opowieść. Jest on też bezstronnym narratorem przez co na początku ma się wrażenie, że każdy bohater jest pozytywną postacią. Dopiero z czasem gdy zaczynają oni podejmować decyzję przestajemy z nimi sympatyzować. Nie wiem czy to był celowy zabieg, ale pod koniec książki mało kogo lubiłem, ale to dobrze bo znaczy to że ich przygody mnie obchodziły i nie były mi obojętne, a sami bohaterowie nie byli czarni albo biali. To co podbija w moim mniemaniu ocenę książki są archaizmy językowe, które podkreślają, że przenosimy się w inne czasy. Również dialogi zostały inteligentnie napisane. Bohaterowie ważą każde słowo i niekiedy mamy wgląd w ich proces myślowy. Przypominało mi to trochę szermierkę słowną z Diuny gdzie nieodpowiednia wypowiedź mogła zaważyć na czyimś życiu, a pochopne i nieprzemyślane słowa niosły długoterminowe konsekwencje.

Czy polecą pierwszy tom Namistniczki? Tak. czy sięgnę po następny? Zdecydowanie. Wydarzenia tego tomu zmieniły bohaterów, odcisnęły na nich piętno oraz położyły podwaliny pod bardziej epickie wydarzenia. Warto sprawdzić tą książkę bo wycieczka po świecie Suremu to udane połączenie klasyków literatury fantasy i sprawdzonych motywów z szczyptą własnych pomysłów. Szczyptą, która nadaje idealnego smaku tejże potrawie.

OCENA 4/5