Fringe S05E02 In Absentia

Fringe to serial niekonsekwentny. Na początku nie posiadający własnej tożsamości, rozbudowujący parę wątków, potem je porzucający, zmieniający kierunek rozwoju o 180 stopni i skupiający się na wojnie dwóch światów. Porzucono wątek Wzoru czy apokaliptycznych nawiązań. Wraz z 5 sezonem mamy kolejny zwrot, alternatywnej rzeczywistości nie ma, jest tylko szara przyszłość. I zupełnie nie przeszkadza, że serialowi brak spójnej fabuły na przestrzeni tych pięciu serii. To serial o ludziach w nadzwyczajnych sytuacjach. Jest to próba zgłębienia natury człowieka czyli tematu do którego konwencja sci-fi idealnie pasuje. I dlatego brak konsekwencji i skakanie po tematach należy twórcą wybaczyć i czerpać przyjemność z kolejnych przygód naszych bohaterów.

Odcinek drugi tak jak premiera serii zaczyna się flashbackem. Znowu dostajemy to samo wydarzenie – początek inwazji i zagubienie Etty. Nawet jest spotkanie w namiocie Olivii i Petera tylko, że tym razem dialog trwa trochę dłużej. Trochę rozczarowujące bo miałem nadzieje, że co odcinek będzie eksplorowany nowy, ważny moment walki z najeźdźcami. Jednak jest na to logiczne wyjaśnienie – tym razem śniła Olivia i to ona budzi się spocona i z krzykiem Etta na ustach. Pięknie pokazano, że trauma utraty dziecka dotknęła oboje rodziców i z chęcią się dowiem jak jej szukali w przeszłości. Ciekawe czy w następnym odcinku inwazją zostanie pokazana z perspektywy Astrid lub Waltera.

Z Ettą wiąże się kolejny ciekawy motyw odcinka i zapewne jeden z przewodnich wątków sezonu – poznawanie rodziny. Te nieznaczne gesty, spojrzenia na siebie, wymowne milczenie, często zakłopotanie, pokazują jak trudne są pojednania po tylu latach. Jednak jak to w rodzinie jest też zaufania, Olivia zdaje się na osąd córki mimo, że się z nią nie zgadza. Pozwala się jej wykazać samodzielnością mimo, że się o nią martwi. Zapewne chcę ją traktować jak małą córkę, ale zdaje sobie sprawę, że jest ona już dojrzałą kobietą z której zdaniem trzeba się liczyć. I bardzo dobrze, że serial poszedł w tym kierunku. Nie ma, przynajmniej na razie, oklepanego konfliktu pokoleń i durnych kłótni, które oczywiście skończyłby się pojednaniem. Jest za to powolne budowanie zaufania i próba odnalezienia się w nowej sytuacji.

Nie tylko rodzina odkrywa się na nowo, ale też Olivia próbuje się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Nie jest ona przyzwyczajona do tego brutalnego świata i musi na nowo zaakceptować reguły gry. Robi to jednak niechętnie i zarazem pozostaje wierna swoim zasadom. Wie, że nie może walczyć z Ettą i nakłaniać ją do tych samych zasad moralnych co sama wyznaje. Jej córka jest produktem zdegenerowanego świata, gdzie kolejny dzień jest walką o przeżycie, a mieszkańcy są pozbawieni nadziei na poprawę.. Dlatego też nie widzi problemów z torturowaniem i zabiciem lojalisty. Sam ruch oporu posługuje się równie brutalnymi metodami co siły rządowe, przystosował się do świata i uznaje, że ogień należy zwalczać ogniem. Jestem ogromnie ciekaw jak wyjdzie spotkanie resztek Fringe Division z ich przywódcami i jak się zmieni ich modus operandi. Olivia udowodniła Etcie, że wciąż jest nadzieje i że należy dostrzegać dobro w ludziach. To właśnie dobro i niezwykły hart ducha są zdolne zmienić świat.

Niezwykle ciekawie prezentowała się też historia schwytanego żołnierza lojalistów. Poznajemy go z dwóch stron – jako wiernego sługę najeźdźców i normalnego człowieka jakich wiele, nie pozbawionego skrupułów i wrażliwego. Znajduje się on w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. Zszedł do laboratorium by karmić gołębie. Rzecz zupełnie abstrakcyjna w tym okrutnym świecie, a jednak ktoś nadal jest wrażliwy na przyrodę mimo, że służy tym złym. W rozmowach z Olivią i Ettą całkiem dobrze go poznajemy. Budzi tez w pewnym momencie naszą sympatię. Odkrywamy dzięki niemu czemu ludzie ulegają wrogowi, jest mowa o woli walki i poddaniu się. Szczerze mówiąc to chciałbym go jeszcze spotkać i zobaczyć jak jego życie się zmieniło. Czy nabrało sensu czy może tchórzostwo i wygoda zwyciężyło. Czy silniejsza jest chęć wiara w zwycięstwo czy uleganie instynktom.

Napisałem ponad 500 słów i jeszcze nic o fabule, ale to dlatego że jak nakreśliłem we wstępie – w tym serialu najważniejsze są postacie mimo, że sama warstwa fabularna jest niezwykle wciągająca i co odcinek każe zadawać pytania charakterystyczne dla najlepszych produkcji „co dalej?” i „czemu trzeba czekać na następny epizod tak długo?”. Co się więc wydarzyło? Niewiele. Bishopowie (i Astrid) udali się do Harvardu by odnaleźć jakieś ślady zapomnianego planu Waltera. Tam znajdują kasetę, która odsyła ich do kolejnego materiału. I praktycznie tyle przez całe 40 minut. Trochę mi się to nie podoba bo przypomina to trochę grę RPG gdzie drużyna błąka się po świecie w poszukiwaniu artefaktów, które uchronią go przed zagładą. Jednak z perspektywy tych czterech serii jestem pełen wiary w twórców i pewien, że jeszcze nie raz nas zaskoczą.

Na koniec kilka spraw. Ta pierwsza to szalone zachowanie Waltera i jego nerwowe tiki. Czyli jednak Windmark poważnie uszkodził mózg Waltera i mamy powtórkę z dawnych sezonów. Szkoda bo liczyłem, że jednak teraz dostaniemy go opanowanego i metodycznego. Jednak mimo wszystko jego postać dalej potrafi rozbawić i wzruszyć. Nawiązując do niego muszę wspomnieć o Ministerstwie Nauki znanym z 4×19, które swoją siedzibę (lub przedstawicielstwo) ma w budynku Harvardu. Widzimy nieludzkie eksperymenty na ludziach i mózgach prowadzone przez Obserwatorów. Czyżby nawiązanie do prac Waltera, które on i Belly przeprowadzali w tym samym budynku?  W jednej z z sal można zaobserwować głowę Simona. To jednoznaczny sygnał, że Henry Ian Cusick nie powróci w całej okazałości. Można jednak liczyć, że jeszcze usłyszymy jego charakterystyczny głos. Liczę też, że zobaczymy Ginę. Harvard został zabursztynowany więc może i nasza ulubiona serialowa krówka przetrwała koniec znanego nam świata. Mam też marzenie żeby zobaczyć co dzieje się w innych rejonach globu, ale to chyba pozostanie marzeniem. To serial amerykański i pewnie tylko na Ameryce będzie się skupiał.

Podsumowując – kolejny solidny odcinek skupiający się na człowieczeństwie bohaterów i znowu nie wiadomo kiedy minęło to 40 kilka minut. Niestety mam ten sam zarzut co ostatnio – brak Niny i Broylsa. I oby następny epizod naprawił to uchybienie.

OCENA 4+/5

Fringe S05E01 Transilence Thought Unifier Model-11

Jeden za nami zostało tylko (aż) dwanaście odcinków. Tylko bo premiera piątej serii przybliża nas do końca i nie pozostawia wątpliwości, że Fringe to najlepszy serial sci-fi emitowany w telewizji. Ba najlepszy serial sci-fi od paru lat stawiany przeze mnie na równi z Lost i Battlestar Galactica. Aż bo mało co, a ten rok mógłby być pierwszym bez mojego ulubionego serialu. Obecnie pozostaje się nam rozkoszować ostatnimi odcinkami serialu i chłonąć opowiadaną historię. Transilence Thought Unifier Model-11 zapowiada, że będzie warto.

Odcinek zaczyna się sielankowym widokiem – szczęśliwa para w parku wraz z bawiącą się córką. Jednak to co dobre szybko się kończy i dochodzi do zapowiadanej przez Septembra inwazji Obserwatorów. Matka zostaje ranna, córka ginie i na tym się kończy flashback. Akcja przenosi się do 2036 roku i ma miejsce dzień po wydarzeniach z 4×19. Czyli wszystko zgodnie z zapowiedziami. Uważam to za doskonały krok w celu odmienienia wizerunku serialu. Może i pomysły się nie kończyły, ale ta seria zapowiada się inaczej niż pozostałe przez co jest miłą odmianą. Najprawdopodobniej nie będzie odcinków proceduralnych, dostaniemy ciągłą historią jeszcze bardziej skupioną na bohaterach i przewodnim wątkiem zmierzającym w konkretnym kierunku – pokonaniu Obserwatorów.

Przeniesienie akcji w przyszłość pozwoliło wytworzyć nową dynamikę między postaciami i dodać sporo tajemnic z tych zaginionych lat. Jak wyglądały relację Petera i Olivii? Co działo się z Walterem? Jak Broyls został lojalistą (a może jest uśpionym agentem?)? Czy działo się coś ważnego? Bardzo emocjonalnie wypadły powtórne spotkania bohaterów – Peter martwiący się o córkę mimo, że to już dorosła kobieta, ponowne spotkanie jego z Olivią i w końcu matki z córką. Pięknie wyszły też sceny z Walterem jak opowiadał wnuczce o przeszłości. Dla mnie pomysł z wielopokoleniową rodziną walczącą o przyszłość świata to strzał w dziesiątkę. Ogromnie jestem ciekaw jak w dalszej części będą się rozwiały stosunki rodziców z odnalezioną córką i jak na skutek rodzicielstwa zmieni się podejście Petera do Waltera.

Początek tego sezonu zachwycił mnie też stylistyką. Może i Revolution było kreowane na serial post apo, ale klimat zagrożenie jest o wiele bardziej odczuwalny w Fringe. Zniszczone miasto, podziały społeczne, plakaty propagandowe, mundury przywodzące na myśl II Wojnę Światową czy handel żywym towarem. „What a miserable future” jak mówi Walter. Mamy też pewnego rodzaju manifest ekologiczny – orzechy jako forma płatności, pałki jajeczne i Central Park zamieniony na fabrykę CO2. Wszystko to tworzy spójną wizję świata, która urzeka i nie pozwala o sobie zapomnieć. Również czołówka podkreśla ten klimat z takimi słowami jak np. „Community, Joy, Individuality, Education”. Końcowa scena pokazuje jednak że jest promyczek nadziei mimo tego, że wszystko wydaje się stracone

Aktorsko serial to dalej czołówka ogólnodostępnej telewizji. Główni aktorzy już dawno pokazali, że grać potrafią, ale ja po raz kolejny muszę napisać o Johnie Noble. Scena jego przesłuchania i tortury na nim to jeden z jego najlepszych występów. Było czuć jego ból i życzyło się Widmarkowi śmierci. Gdyby Fringe było emitowane przez HBO aktor ten już dawno dostałby jakąś statuetkę za tą rolę.

Niestety, ale w odcinku można się dopatrzeć kilku minusów. Po pierwsze brak Broylsa. Ja rozumiem, że odcinek miał się skupiać na rodzince Bishopów, ale chociaż jedną scenę mógł dostać. Nie podobało mi się zrobienie z Marhama szaleńca zakochanego w Olivii. Zawsze lubiłem tego bibliotekarza więc nie rozumiem tego ruchu twórców. Może i chodziło o to żeby pokazać jak ludzie zmieniają się pod wpływem reżimu, że wyciąga z nich to co najgorsze, ale dla mnie było to zwykłe zaprzepaszczenie potencjału tej postaci.

Jednak największy zarzut mam do akcji odbicia Waltera. Poszło zbyt łatwo, agenci Widmarka nie oddali nawet jednego strzału przy czym nasz gang zdejmował ich bez problemu. Może i akcji było w tym sporo, ale wszystko to miało mało sensu. Sam sposób w jaki dostali się do budynku też zbyt naciągany. Zupełnie przypadkiem natrafili na tajną broń, która miała służyć do zabicia dziesiątek Obserwatorów. Deus ex machina.

Rzeczą umilającą oglądania było też kilka smaczków odnoszących się do całego serialu. Najprostszym nawiązaniem jest konik morski w ostatniej scenie, który ma związek z symboliką tej produkcji. W innej scenie Walter podczas rozmowy z japonką powiedział, że niemal się z jedną ożenił, a jak wiemy kochanka Walternate’a była orientalnego pochodzenia. Czyżby chodziło o tą samo kobietą? Nowego znaczenia nabiera też kula, którą Henrietta nosi na szyi. Po finale było raczej oczywiste, że to ta którą Walter postrzelił Olivii, ale jest też inne wytłumaczenie – młoda Etta została postrzelona na początku inwazji. Mam nadzieje, że uda nam się zgłębić na przestrzeni tych 12 odcinków początek Obserwatorów w naszej rzeczywistości i dowiemy co działo się na przestrzeni tych lat z młodą panną Bishop.

Mimo kilku wad nie zauważyłem kiedy mi odcinek minął. To było intensywne 40 minut, które zbyt szybko się skończył. I zapewne tak będzie co sobotę aż do końca stycznia.

 

 

 

Fringe S04E21 Brave New World (1)

Finał zbliża się wielkimi krokami i to czuć. Może nie od początku odcinka, który rozkręcał się dość powoli, ale z biegiem czasu wydarzenia nabierały rozpędu po to by nas zaskakiwać. Owszem początkowa sprawa dość interesująca – samospalenie kilkunastu ludzi w centrum handlowym, a potem odkrywanie jak do tego doszło czyli Fringowy standard. Jazda zaczęła się dopiero potem gdy Walter odkrył kto stoi za działaniami Davida Roberta Jonesa i od dawna pociąga za wszystkie sznurki (a raczej rozstawia pionki). Nie powiem odkrycie dość zaskakujące zważywszy, że aktor w wywiadach zapowiadał, że w serialu się nie pojawi, a producenci nie mówili o niczym otwarcie. Na pewno nie jedna osoba siedziała przed ekranem i myślała „On wrócił!”. I oczywiście ma plan (szachownica stoi nie ruszona od 20 lat, czyżby tak długo nad tym myślał), o którym my na razie nie mamy pojęcia. W przedostatnim odcinku próbował zniszczyć Boston więc pewnie na koniec zostawi sobie stworzenie nowego wszechświata.Chyba, że przypuszczenia Waltera okazały się błędne.

Dobrze było znowu zobaczyć nawrót mocy Liv. My od dawna jesteśmy świadomi jak ona jest potężna, Olivia niestety nie bardzo. Dopiero odkrywa co jest w stanie robić i jak widać po tym sezonie coraz bardziej przyzwyczaja się do swoich umiejętności. Teraz nie jest to tylko bawienie się światełkami, ale przyśpieszanie i zwalnianie molekuł  oraz precyzyjna kontrola. Pozostaje mi tylko marzyć, że dojdzie do takiej biegłości jak w finale S03 gdzie telekinezą posługiwała się jak kolejną ręką.

Cieszy też rozwój stosunków Peter/Olivia. Już na dobre skończyły się podchody i głupie postanowienia że nie mogą być razem. Teraz znowu są zgrana parą z niezrebootowanego wszechświata. I mam nadzieje, że to koniec ich konfliktów bo to przecież nie jest głupi serial w stylu 90210 czy innej Plotkarki. Koniec z przeszkodami i niech żyją długo i szczęśliwie. Mają nawet plany – kupić dom już nawet robili do tego pierwsze przymiarki, a Olivia zwróciła uwagę na sypialnię dla dziecka. I nie tylko ten moment nasunął na myśl Henriette. Pacjentka, którą leczył Walter (jak zwykle cudowna Rebecca Mader!), również miała małą córeczką przez co nasza heroina się rozczuliła. Wielkimi krokami zbliżamy się do ciąży i przyszłości.

Walter jak zwykle dostał kilka cudownych scen, John Noble kolejny raz udowodnił, że powinien dostać wyróżniony za swoją rolę co najmniej nominację do Globów lub Emmy. Tak tak, wszyscy o tym wiedzą tylko nie ci co przyznają nagrody. Na początku odcinka było dość spokojnie – trochę mamroczenia, trochę o rabarbarze czy w końcu pokazano jaki fatalne umiejętności interpersonalne posiada, ale mimo to dobry z niego człowiek.  Talentem wykazał się jednak gdy w pogoni za Sami Wiecie Kim musiał odwiedzić swój dawny zakład psychiatryczny – charakterystyczne dla niego trzęsienie się ręki i panika wypisana na twarzy. Mistrzostwo. Po raz kolejny zrobiło mi się go szkoda. Zobaczyliśmy go również w swoim dawnym pokoju i przysiągłbym, że identyczny kadr był w pilocie jak pierwszy raz pokazali Waltera.

Astrid również wykazała się w tym epizodzie. Przeważnie jest tylko tłem w serialu, sidekickem Waltera, ale od zawsze ma się wrażenie że tą dwójkę łączy specyficzna więź. Tym razem znowu trochę tego pokazali – ona opiekuje się nim jak matka dzieckiem, Walter wytłumaczył jej dziwaczny eksperyment, a potem razem wyruszyli na poszukiwanie Bellego. Trochę to dziwne, że bez żadnego wsparcia i nieinformowania nikogo… ale dotarli na tajemniczy transportowiec z 4×16. I Astrid pokazała na co ją stać – użyła broni i za wszelką cenę chroniła Waltera za co zapłaciła. Zaskoczenie, kolejne już w tym odcinku. Oczywiście wszystko się skończy dobrze, ale i tak to jest kolejny dobry powód żeby wypatrywać finału sezonu.

Co ciekawe Walter wspomniał o pewnej dotąd nie znanej właściwości cortexophanu – regeneracji. I zapewne będzie już ona użyta w przyszłym tygodniu chyba, że twórcy wyciągnęli to z innego powodu. Jak wiadomo Olivia ma zginąć. W każdej wersji historii i nie ma od tego odwrotu. Nie widzieliśmy jej też w 4×19, nie była zabursztynowana i nie mamy pojęcia co z nią. Nie zdziwiłbym się więc gdyby ona na prawdę umarła, a potem dzięki cortexophanowi jej ciało uległoby regeneracji i w końcu doprowadziłoby to do wskrzeszenia. Całkiem możliwe, że już tego próbowano w S01 z Johnem Scottem, ale ostatecznie nie pokazano nam jak to się skończyło. Całkiem możliwe, że zabiera to dużo czasu tak z 20 lat żeby proces się zakończył wtedy jak powróci legendarna drużyna Fringe. Eh popuściłem wodzę fantazji, ale to właśnie jest wspaniałe w tym serialu że można sobie pogdybać, powysuwać nawet mało prawdziwe teorię i potem patrzeć jak one się spełniają.