„Elantris” – Brandon Sanderson

Gdy przeczytałem recenzje Elantris w martwym już zinie Playback zachwyciłem się książką. Stwierdziłem, że muszę ją mieć. Na początku nie mogłem jej znaleźć w księgarniach w moim mieście, po pewnym czasie stwierdziłem, że trzeba skorzystać z allegro, ale nie udało mi się znaleźć egzemplarza w atrakcyjnie cenie. Wraz z upływem czasu zapomniałem o książce, ale ten tytuł wciąż znajdował się na karteczce z listą „do kupienia”. Po pięciu latach nie wiedziałem już dlaczego, pamiętałem tylko że recenzja była bardzo pozytywna i praktycznie tyle. Dlatego wiele się nie namyślając zakupiłem swój egzemplarz gdy zupełnie przypadkiem trafiłem na Elantris na stoisku z promocjami w Carrefourze. I nie żałuję tego spontanicznego zakupu bo za 10 zł udałem się w całkiem egzotyczną wyprawę.

Tytułowe Elantris to miasto bogów zamieszkane przez postacie przypominające elfy. Jego architektura zapierała dech w piersiach. Zwykli ludzie byli pod wrażeniem tego miejsca. Niezwykli czyli Elantrianie byli piękni i nieśmiertelni .Władali też potężną magią, której używali do czynienia dobra. Każdy mógł zdobyć boskie moce. Przemiana była losowa, wybierała bogatych oraz biednych i nikt nie wiedział czemu akurat te osoby zostały wywyższone ponad inne. Jednakże wszystko co dobre musi się skończyć i nastał tajemniczy koniec Elantris. Magia przestała działać, miasto upadło, a ci którzy przeżyli rewolucję żyli w cierpieniach, a ich dawna siedziba stała się więzieniem. Przemiana jednak nadal uderzała na ślepo tylko teraz zamiast stać się błogosławieństwem okazała się być przekleństwem.

Głównych bohaterów książki jest trzech, a centralnym z nich jest książę Arelonu i następca tronu Raoden. Już na pierwszych stronach dosięga go przemiana i staje się on jednym z wyklętych. Trafia do tajemniczego miasta i uczy się z w nim żyć. Poznaje jego historię i podział społeczny. W jego rozdział książka była dla mnie taką fantastyką w klimatach post apokaliptycznych. Może i akcja rozgrywając się na niewielkiej przestrzeni, ale nie można było jej odmówić uroku. Zniszczone Elentris zostało szczegółowo przedstawione i wbrew pozorom było pełne życia. Mieliśmy degeneratów, kanibali, ludzi pozbawionych zasad moralnych i tych którzy dostosowali zasady do nowego świata. Nasz książę szukał sensu życia i nadawał go innym. Pokazał, że cierpienie nie musi oznaczać końca. Nie mogło zabraknąć też akcji takiej jak walki gangów i przedzierania się przez miasto. Niestety tutaj autor średnio sobie radził bo nie było to wystarczająco efektowne. O wiele lepiej wychodziły rozdziały gdzie bohaterowie ślęczą nad książkami (takie moje małe zboczenie – uwielbiam książki w których bohaterowie czytają stare księgi) lub prowadzą długie rozmowy niepozbawione humoru. Tutaj było widać lekkość pióra autora.

Żeńskiego pierwiastka książce nadaje Soena czyli niedoszła żona Raodena. Gdy przybywa do stolicy Arelonu, Kae, dowiaduje się że jej narzeczony nie żyję ale na mocy umowy małżeństwo zostaje zawarte, a sojusz polityczny pozostaje ważny póki księżniczka pozostanie na dworze swojego teścia. Soena jest typową zawadiacką księżniczką szukającą swojego miejsca i mimo swojej postawy mażąca o księciu z bajki. Nie raz już widzieliśmy taką postać dlatego z początku nudziła, czasem zachowywała się niezgodnie z opisem jej charakteru, a wątek miłosny dość sztampowy. Jednak wraz z upływem czasu gdy dowiadywaliśmy się więcej o intrygach na dworze oraz społeczeństwie kraju i świata robiło się coraz bardziej intrygująca. Tutaj dla odmiany autor zadaje pytania o istotę władzy, kto powinien ją sprawować i czy niekompetentny władca powinien ją utrzymać. Jest też krytyka władzy opartej na pieniądzu. Oczywiście Soena i Raoden w końcu nawiązują znajomość i dwie z pozoru odrębne linie fabularne mają ze sobą coraz więcej wspólnego i coraz mocniej się przeplatają im bliżej finału mimo że bohaterowie nie są tego świadomi.

Jak każda książka i ta potrzebowała tego złego. Tutaj jest on potraktowany na równie z dwójką bohaterów pozytywnych. Jako ciekawostkę wspomnę tutaj o budowie książki – niemal przez wszystkie 60 kilka rozdziałów co trzeci jest poświęcony konkretnemu bohaterowi. Nie są one długie przez co po skończeniu jednego jak najszybciej chcemy wrócić do konkretnego bohatera i zamiast przeczytać „jeszcze tylko 1 rozdział” to siedzimy do późna w nocy bo mnożą się nam cliffhangery. Niby podobne rozwiązanie było w Pieśni Lodu i Ognia, ale tutaj ze względu na niewielką liczbę postaci o wiele szybciej wracamy do tej ulubionej i nie trzeba czytać kolejnych 200 stron by dowiedzieć się jak wyjdzie z kłopotów.

Wracając do Hrathena bo tak właśnie nazywa się kapłan Derethi, przybył do Arelonu by go zbawić i nawrócić na jedyną i właściwą religię. Po raz kolejny bohater nie dość że jest ciekawy i otaczają go równie interesujące postacie drugoplanowe to jest też pretekstem do zadawania trudnych pytań. Tym razem dotyczących religii. Wprawdzie autor nie szuka na nie odpowiedzi, ale z pewnością skłania czytelnika do zadumy. Czy jest sens religijnych wojen? Czy wiarę można logicznie wytłumaczyć? Ile można poświęcić i czy jest coś takiego jak mniejsze zło? Widać tutaj wyraźną inspirację naszą historią i uważny czytelnik znajdzie kilka nawiązań. Szkoda tylko, że postać ta kończy w sposób jaki kończy, a jej ewolucja nie jest tak dokładnie opisana jakbym chciał. Mimo wszystko wyśmienicie czyta się starcie wyrachowanego proroka z żarliwym fanatykiem. Dodatkowego smaczku jego postaci dodaje też to, że wbrew pozorom jego postępowanie ma pomóc mieszkańcom  miasta tyle że inni nie zdają sobie z tego sprawy. To właśnie to nakładanie się wątków tych trzech postaci czynni książkę taką interesującą.

Inną rzeczą, która nie pozwala się od niej oderwać jest wykreowany świat. Opelon jest w stanie zimnej wojny. Imperium Jaddetha nie panuje tylko nad dwoma królestwami z czego jedno (w sensie jego władca) nie zdaje sobie sprawy z zagrożenia, które jest realniejsze niżby się wydawało. Geografia świata poznajemy pobieżnie, tak jak historię. Wiemy że są jakieś państwa, znamy ich ogólna charakterystyka, ale autor nie snuję długich legend i nie przedstawia ich dokładnej historii. Książka jest bardzo skonsolidowana i skupia się na tym co tu i teraz. To miła odmiana po tych wielkich cyklach z szczegółowo opisanym światek. Tutaj autor poświęcił więcej miejsca językowi i magii za co ma u mnie kolejne punkty do respektu. Stworzyć historię jest stosunkowo łatwo język już trochę trudniej. Miałem dużo zabawy odkrywając alfabet i to jak jest powiązany z magią gestów. Nie będę jednak o tym pisał bo właśnie system magii Elantris (i tajemnicze inne systemy) jest jedną z większych zalet książki.

Niestety nie obyło się bez kilku irytujących wad. Prócz tych wymienionych mimochodem wcześniej dodam jeszcze, że za duży nacisk położono na wątek miłosny i znajduje się on w miejscu w którym być nie powinien. Zirytowało mnie też rozwiązanie jednego z wątku. Bohaterowie stanęli przed poważnym zagrożeniem, a rozwiązanie spadło z nieba. Tak się nie robi. Dobrze jednak, że te wady to tylko drobne minusy, które nie rzutują na całość i szczerze mówiąc mają źródło tylko w indywidualnych preferencjach.

Elantris gorąco polecam, nie zróbcie tego samego błędu co ja i kupcie książkę od razu. Udowadnia ona czemu Brandon Sanderson tak szybko zyskał sobie tylu fanów i czemu został poproszony o dokończenie Koła Czasu Jordana. To pozycja, którą powinny się też zainteresować osoby znudzone wielotomowymi cyklami. Bohaterów szybko się polubi i zrozumie ich motywację i cele – Radoen naprawia, Hrathen nawraca, a Soena buntuje się. Gromadka bohaterów drugoplanowych również jest niczego sobie, a sam świat Elantris skrywa jeszcze mnóstwo tajemnic. Gwarantuje, że będziecie chcieli tam wrócić.

OCENA 5=/5