Burnout Dominator [PSP]

 Jak wiadomo, wyścigi dzielą się na dwie kategorie: symulatory i zręcznościówki. Wśród tych pierwszych, największym powodzeniem cieszą się serie Gran Turismo i Forza Motorsport. Masa schematów, wykresów, ilości części, ba, liczy się nawet ciśnienie w oponach. Dlatego właśnie symulatory adresowane są do prawdziwych maniaków czterech kółek. Ja się do nich nie zaliczam, i dlatego wybieram zręcznościowy model jazdy zamiast realistycznego. Dlatego zaopatrzyłem się w najnowszą część Burnouta, czyli Dominator. O serii pisać z pewnością nie muszę, bo każdy szanujący się konsolowiec wie, z jakim rodzajem wyścigów ma do czynienia, odpalając dziecię Criterion Games. Jednak dla konserwatywnych PeCetowców wypadałoby skreślić kilka zdań.

Burnout to wybitnie zręcznościowa samochodówka. Tutaj wchodzisz w 90 stopniowy zakręt przy 300 km/h i nie ponosisz poważniejszych konsekwencji. Chyba, że niefartownie uderzysz w ścianę i zmasakrujesz wózek 😉 Największą zaletą serii jest dynamika – zawsze się coś dzieje, np. walka z rywalem, czy lawirowanie między niedzielnymi kierowcami. Nie ma czasu na podziwianie widoków. Arcade’owe wyścigi przyzwyczaiły nas do tego, że mają sporo do zaoferowania, a Burnout nie mógł odstawać od czołówki. Najważniejszym trybem jest World Tour, czyli swojsko brzmiąca kariera. Jak nietrudno się domyślić, to w tym trybie spędzimy najwięcej czasu, zaliczając kolejne wyzwania. Specjalnie nie napisałem wyścigi, bo standardowe zaliczanie okrążeń i wykręcanie najlepszych czasów stanowi tylko małą cząstkę gry. Prócz tego jest Burnout Challenge, czyli jak najdłuższa jazda na nitro. Żeby jednak nie było za łatwo, to by je utrzymać należy jeździć najniebezpieczniej. Wszysytkie Drifty, Near Missy i jazda pod prąd mile widziane. Jednak o ile w Burnout Challenge są one tylko środkiem(bo punkty dostajemy za kolejne naładowanie paska), tak w trybie Maniac to dzięki nim dostajemy punkty. Im większy łańcuch dopalacza uda nam się zrobić tym mnożnik będzie większy i za zwykłego Drifta zgarnia się przyzwoitą ilość punktów. Z trybów jest jeszcze kilka wyzwań, tzn. Near Miss Challenge(czyli jak najbliższe omijanie aut ruchu drogowego),Drift Challenge(wiadomo) i Dominator Challenge(tutaj zdobywamy specjalną brykę w trybie Maniac). Są również i standardowe tryby: Race, Burning Lap, Eliminator(co paręnaście sekund odpada ostatni ze stawki, wygrywa ten, który zostanie) i Grand Prix(trzy wyścigi pod rząd, za każdy dostajesz punkty, zwycięzcą jest ten kto uzbiera ich najwięcej). W World Tour mamy do zaliczenia 88 wyzwań, czyli nudzić się nie będziemy 😉

Specjalnie nie wspomniałem o jednym rodzaju „wyścigu” – Road Rage. Tutaj nie ma znaczenia, kto jest pierwszy, a kto ostatni. Ważne jest, by zaliczyć jak najwięcej Takedownów, czyli po prostu zniszczyć przeciwnika. Szkoda tylko, że na trasie mogą znajdować się jedynie cztery bryki. Gdyby było więcej samochodów, walka byłaby o wiele ciekawsza. Jednak należy się cieszyć z tego, co jest. Takedowny można zaliczać na kilka sposobów. Najprościej jest wgnieść cudzy samochód w ścianę, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by posłużyć się ruchem ulicznym 😉 Tylko od naszej inwencji zależy, jak pozbędziemy się rywala. Oczywiście nie jest tak, że my ich spychamy, a oni nic. Czasem potrafią mocno zajść za skórę. Żeby ich sprawdzić, przeprowadziłem nawet mały eksperyment: stykałem się prawym bokiem z oponentem, jednak nie próbowałem go zepchać, a na pasie na lewo ode mnie jechała z naprzeciwka ciężarówka. Moje zdziwienie było ogromne gdy wylądowałem na jej przedniej masce. Jednak gdy zaliczymy dzwon, nie jesteśmy bezbronni. Możemy zwolnić czas i lekko sterować samochodem, jednak gdy przeciwnik jest ciut za daleko, można użyć Crashbreakera i zdetonować samochód. Daje to ogromną satysfakcję. Po ukończeniu World Tour w Road Rage spędzimy kilka dodatkowych godzin. Dlaczego? Bo tutaj najłatwiej wykonuję się Signature Shortcuts tzn. odkrywa się skróty przy użyciu cudzego samochodu. Można dostać szewskiej pasji, próbując trafić kimś w żółtą bandę, ale skróty te bardzo pomagają w wyścigach. Szkoda tylko, że inni również mogą tędy jeździć. Skoro się tyle napracowaliśmy, by je odkryć, powinny być tylko nasze.

Samochodów jest 36 i zostały pogrupowane w siedem kategorii(Classic, Factory, Tuned, Hot Road, Super, Race Special i Dominator). Nie jest to może zachwycająca liczba, ale za to w pełni zadowalająca. Najważniejsze, że bryki są różnorodne i każdą prowadzi się inaczej. Jedne wchodzą lepiej w zakręt, a inne szybciej przyśpieszają bądź lepiej się nimi walczy na drodze. Szkoda tylko, że nie posiadają żadnych statystyk, i samemu trzeba odkryć ich przeznaczenie. Podobnie jest z trasami – mała liczba, ale za to różnorodne. Od zatłoczonych metropolii przez obrzeża miast, a na spokojnych terenach kończąc. Wszystkie są bogate w detale i przygotowane przez osoby znające się na rzeczy. Ogromny plus za trasy.

Jeszcze większy należy się za grafikę. Jest ona największą zaletą obok czasu gry(ok. 30h by wyciągnąć 100%). Jak pisałem trasy i samochody są bogate w detale. Więcej się nie ma co rozpisywać, bo sami możecie ocenić resztę na screenach. Od siebie wspomnę tylko o ciekawym efekcie słońca, który utrudnia nam jazdę. Potrafi zdenerwować, ale wypada go zaliczyć jak najbardziej in plus. Jednak najpiękniejsze są sceny gdy przytrafi się nam „mały” wypadek. Kamera wtedy nabiera filmowych cech, a my podziwiamy, jak nasze ciężko zdobyte auto się gnie, odpadają części karoserii, spoilery, a szyby się tłuczą. Mimo, że z Burnoutem spędziłem kilkadziesiąt godzin, to widok ten mi się w ogóle nie znudził, a to o czymś świadczy. Jednak z recenzenckiego obowiązku muszę się przyczepić do sporadycznych błędów w grafice. Samochody czasem przenikają przez niektóre elementy, kilka razy pojawiły mi się jakieś rozmycia, a na teksturach da się zauważyć białe plamy. Jednak są to tylko nic nie znaczące wady i z czystym sumieniem oprawie graficznej wystawiam ocenę 8+. Warto również dodać, że animacja ani na moment nie zwalnia czy przycina. Wzorowa robota.

Grafika piękna jest i basta. Jednak nie można powiedzieć tego samego o oprawie dźwiękowej. Nie chodzi jednak o to, że jest ona zła. Jest ona specyficzna i nie trafi do każdego. Przeważają utwory ostre, czyli w sam raz do szaleńczej jazdy. Ja się na muzyce nie znam, ale te kawałki spodobały mi się 😉 Dla zainteresowanych na samym końcu daje listę wszystkich utworów, a tutaj tylko wspomnę, że jedyną piosenką jaką wcześniej znałem ze słyszenia, był „Girlfriend Avril” Lavigne 🙂 jednak tutaj znajduję się on w aż czterech wersjach językowych. Prócz standardowej angielskiej jest również hiszpańska, japońska i mandaryńska(!). Polskiej jak zwykle nie ma.

Na koniec wypadałoby napisać jakieś mądre podsumowanie, jednak nie zrobię tego. Napiszę tylko, że jeśli jesteś fanem tego typu gier bądź grałeś w poprzednie części tą powinieneś łykać bez zastanowienie. Jeśli natomiast masz zamiar zacząć przygodę z serią Burnouta to polecam sprawdzić ten tytuł u kolegi bo nie każdemu przypadnie on do gustu.

OCENA 8+

GRAFIKA 8+   AUDIO 8 GRYWALNOŚĆ 9

+ dynamika
+ grafika
+ długość
– sporadyczne błędy

Developer – Criterion Games
Rok produkcji – 2007

Lista utworów:
Forward, Russia – Nine
Alice in Chains – Would?
Army of Anyone – It doesn’t seem to Matter
Army of Me – Going Through Changes
Avril Lavinge – Girlfriend
B’z – FRICTION
Brand New – The Archers Bows Have Broken
Bromheads Jacket – Fight Music for the Fight
Dead Identities – Long Way Out
Earl Greyhound – S.O.S.
Filter – Hey Man, Nice Shot (Big Mac Mix)
Hot Hot Heat – Give Up?
Jane’s Addiction – Stop!
Killswitch Engage – My Curse
Korekta by KamiloPL
LCD Soundsystem – Us v. Them
Lifetime – Haircuts and T-Shirts
Make Good Your Escape – Beautiful Ruin
Maxeen – Block Out the World
N.E.R.D. – Rockstar (Jason Nevins Remix)
Saosin – Collapse
Senses Fail – Calling All Cars
Shadows Fall – Burning the Lives
Shiny Toy Guns – Le Disko
Skybombers – It Goes Off
Sugarcult – Dead Living
The Confession – Through These Eyes
The Fratellis – Chelsea Dagger
The Have – One Step Ahead
The Photo Atlas – Red Orange Yellow
The Styles – Glitter Hits (J. J. Puig Mix)
The Sword – Freya
Trivium – Anthem (We Are the Fire)
Wired All Wrond – Lost Angeles

 

 

 

Marvel Ultimate Alliance [PSP]

Kilkadziesiąt lat temu komiksy były rozrywką dla dzieci i żaden dorosły nie przyznałby się, że je czyta. Teraz bohaterowie obrazkowych książek są wszędzie: gry, kino, zabawki czy płatki śniadaniowe. Można nawet powiedzieć, że w Hollywood jest bum na adaptację komiksowe. Mieliśmy m.in. trylogię X-Men, Catwoman, Superman, Spiderman, Batman, a nadchodzi Liga Sprawiedliwości, nowy Hulk, Wolverine, nawet Thor i Magneto. Skoro filmy zarabiają miliony dolarów, to i z grami powinno być podobnie i zaczęto robić adaptację komiksowych filmów. W większości słabe i najeżone bugami, ale za to sprzedające się znakomicie, bo jakie dziecko odmówiłoby sobie ponownego przeżycia wydarzeń z ekranu. Na szczęście od czasu do czasu wychodzi gra, która nie jest na podstawie żadnego filmu tylko bazuję bezpośrednio na komiksie. Tak było z The Incredible Hulk: Ultimate Destruction i X-Men Legends. Ta druga gra doczekała się kontynuacji i twórczego rozwinięcia, czyli recenzowanego właśnie tytułu, Marvel Ultimate Alliance.

Po przydługim wstępie mogę zając się fabułą gry. Niestety nie jest porywająca, ale nie można powiedzieć, że brak jej rozbudowania. W telegraficznym skrócie żeby nie psuć wam zabawy: Dr Doom założył organizację superzłoczyńców o złowieszczej nazwie Master of Evil, a ty wraz ze swoją drużyną złożoną z bohaterów uniwersum Marvela musisz go powstrzymać. Prawda, że proste? Nie jeśli w międzyczasie będziesz musiał odwiedzić Atlantydę, Asgard, Murderworld, Mephisto’s Realm  i jeszcze ciut, ciut. Fabuła jest tutaj tylko pretekstem by odwiedzić znane miejsca i pogadać z bohaterami, których jest sporo bo aż 27 grywalnych(z czego część do odblokowania) i o wiele więcej npców. Od czasu do czasu trafimy na unikatową rozmowę, jednak zależy to tylko od szczęścia bo nie wiesz, którym hirołem musisz zagadać by ją odblokować. Mi się to udało tylko kilka razy na całą grę. Do fabuły mam jedno poważne zastrzeżenie – twórcy starali się wrzucić do gry jak najwięcej lokacji i postaci, że czasami sami się zastanawiamy jak ma nam to pomóc w pokonaniu Doktora Dooma i uratowaniu świata.

Mechanika gry jest prosta jak drut – idziesz przed siebie i rozwalasz wszystko co się rusza, pełza czy lata. Dzięki temu zdobywasz punkty doświadczenia za które możesz zupgradować postać. Jeśli przypomina wam to Diablo to bardzo dobrze myślicie. Jedyne różnica to zamiast klikania LPM masakrujesz X, a zamiast jedną postacią grasz czterema, między którymi możesz się dowolnie zmieniać w zależności od potrzeb bądź widzimisię. Każdy z bohaterów posiada odmienne zdolności specjalne np. Wolverine wykonuję superszybkie ataki pazurami, Ironman potrafi strzelać, Spider bawi się siecią, a Blade ostrzami. Postacie mają po kilka umiejętności i każda jest przydatna. Niektórzy zamiast podwójnego skoku potrafią latać, a Spiderman buja się na pajęczynie. Walka jest zajmująca, ale po paru godzinach zaczyna nużyć, dobrze że od czasu do czasu rozwiązujemy proste zagadki logiczne. O zacięciu nie ma mowy, wystarczy tylko trochę po główkować.

Nazywanie MUA action-RPG to lekkie nadużycie. Lepszym określeniem byłoby bijatyka z elementami RPG. Craftowania czy alchemii nie ma tu w ogóle, questy wykonuję się z marszu, nie musisz nawet patrzeć na ich opis. Sklepów gdzie możesz opchnąć zdobyczny ekwipunek(możesz nosić tylko jeden item na sobie) nie ma, wystarczy tylko wcisnąć odpowiedni przycisk w menu, a kasa pojawia się na naszym koncie. Przydzielanie skilli i ekwipunku też możesz zupełnie olać bo wystarczy, że wciśniesz funkcję automatycznego rozdzielania i konsola robi wszystko za ciebie. Cieszy natomiast, że jeśli wybierzesz odpowiednią grupę bohaterów do dostajesz przypisany do niej bonus.

Do oprawy graficznej nie mam większych zastrzeżeń. Wszystkie efekty zostały bardzo ładnie opracowane, a modelom naszych postaci wiele zarzucić nie można. Gorzej jest z co większymi bossami(czasami, zastosowano podobny patent jak w God of War, żeby ich pokonać trzeba wciskać odpowiedni klawisz, który pojawia się na ekranie), którzy rażą swoją kanciastością. Animacja na szczęście nie przycina nawet jeśli na ekranie pojawi się ponad 10 postaci, odpalimy nasze skille, a kumple zajmą się destrukcją otoczenia. Oprawę graficzną można streścić w kilku słowach: rzemieślnicza robota i nic więcej. O wiele lepiej prezentują się przerywniki filmowe, które są dynamiczne i widowiskowe. Szkoda tylko, że mają minimalne opóźnienie napisów.

O strefie audio mogę napisać, że nie ma na co narzekać. Muzyka jest taka jaka powinna być. Nie przeszkadza i zagrzewa do walki. Pochwalę za to ludzi, którzy podłożyli głosy. Niemal wszystkie wypowiedzi możemy usłyszeć i co ważniejsze są one bardzo dobrze dobrane. Podoba się przede wszystkim głos Wolverina i Spidermana. Oby więcej takich przedsięwzięć.

Marvel Ultimate Alliance to gra dobra, ale ma jedną poważną wadę – monotonia. Po kilku godzinach gry denerwują przede wszystkim walki, które powinny być największą zaletą bo ile można naciskać kilka przycisków na krzyż. Sprawa ma się podobnie z miejscówkami – gdy odwiedzasz pierwszy raz jakieś miejsce jesteś nawet pod wrażeniem, ale im dłużej w nim przebywasz tym gorzej. Dobrze, że miejscówek jest sporo. Prócz tego od czasu do czasu pojawiają się drobne błędy jak blokowanie postaci albo ich przenikanie. Na szczęście są to sytuacje sporadyczne i nie przeszkadzają.

Gra ta jest adresowana dla wielbicieli szybkiej i nie wymagającej akcji oraz dla fanów Marvela którzy w tym tytule z pewnością się zakochają. Ja przed zakupem radzę wypróbować grę żeby potem nie żałować. Ja się na przykład dobrze bawiłem. przynajmniej przez jakiś czas.

OCENA 7

GRAFIKA 7 AUDIO 7 GRYWALNOŚĆ 7

+ świat Marvela
+ szybka i niewymagająca zabawa
– prostota
– po pewnym czasie zaczyna nużyć