Friday Night Lights S03 Sięgając po marzenia

Clear Eyes, Full Hearts, Can’t Lose!

To już oficjalne – druga seria była wypadkiem przy pracy, wpadką o której trzeba jak najszybciej zapomnieć. Trzeci sezon udowodnił nam, że Friday Night Lights uczy się na swoich błędów, nie powtarza ich i ponownie daje to co pokochałem w pierwszym roku serialu. Mianowicie rozterki i problemy bohaterów w starcia z codziennością. Codziennością która może się przytrafić każdemu z nas. No może nie każdemu, ale z pewnością mieszkańcowi teksańskiej mieściny. Nie ma już handlarzy narkotyków, ukrywania morderstw czy bezsensownych wątków religijnych. Jest normalność, idealne połączenie serialowej narracji z szarą rzeczywistością. Wszystko to okraszone przepięknym duchem sportowej rywalizacji i emocjami na stadionie. Krótko – jest perfekcyjnie w każdym calu.

Jeśli miałbym zdefiniować ten sezon to jest to pogoń za marzeniami. Część udaje się zrealizować, cześć bohaterów się zawiedzie, nie raz będą rezygnować, ale też wstaną z kolan i będą szli dalej z podniesioną głową. Niektóre cele są z pozoru nieosiągalne ale hart ducha i wola walki pozwala je zrealizować. Nie mówię tu tyko o tych sportowych marzeniach, ale o takich jak chęć zdania na wymożoną uczelnię. Mimo, że wszystko jest przeciw tobie możesz to osiągnąć. Mimo, że jesteś przykóty do wózka inwalidzkiego pokazujesz że można walczyć i zwyciężyć mimo tych chwil zwątpienie. To jest cudowne w tym seriale pokazuje on niezłomną wolę walki i wiarę w człowieka. Nie ma rzeczy niemożliwych są tylko rzeczy trudne do osiągnięcia. Nie wszystkim się udaje, ale można sie wyrwać ze swoich ograniczeń i osiągnąć coś co wszyscy ci mówili że jest niemożliwe. Trzeba też godzić się z porażką i wierzyć że to nie koniec, dopiero początek czegoś nowego.

Piękne jest też to jak oddano życie Taylorów. To jest przykładna i kochająca się rodzina. Owszem córka jest zbuntowana, ale to nastolatka w której buzują hormony. Kłócą się czasem o rzeczy błahe, czasem nie zgadzają się co zrobić z Julie, ale zawsze się godzą. Są dla siebie wsparciem mimo, że ich praca ze sobą czasem koliduje, potrafią dojść do kompromisu i podjąć trudne decyzję. Jest to rodzina jaką każdy chciałby mieć za sąsiadów. Gdy twój ojciec trafi do aresztu zaopiekują się tobą, wspomogą cię gdy będziesz popełniał ze wybory, a nawet będą cie w nich wspierać bo wiedzą że to twoja decyzja. To jest przykładowa serialowa rodzina, którą będę stawiał za wzór. Nie w głowie im romanse czy kłamstwa, mówią sobie o wszystkim, a najlepiej wypadają te sceny gdy są w sypialni i po prostu tulą się do siebie. Czasem nic nie mówią, czasem jedno prowadzi monolog, a drugie go słucha. Stanowią dla siebie oparcie i to jest w nich takie piękne.

Mimo, że Taylorowie są kręgosłupem tego serialu, w okół nich egzystują inne postacie których rola nie została wcale ograniczona czy zmarginalizowana. Wręcz przeciwnie. Każda z nich się rozwija i zmienia. Smash i Jason muszą stawić czoło konsekwencją swoich czynów z poprzedniej serii, niektóre związki kwitną inne się kończą, są rozstanie i powroty. Jak w życiu. Niektórzy są dla siebie przeznaczeni, inni nadal szukają tej/tego jedynej/jedynego. Zdają też sobie sprawę, że to ich ostatni rok, że za rok wkraczają w dorosłe życie i nic nie będzie takie same. Pojawiają się też nowe postacie, które wpływają na starych bohaterów. Dawno nie widziana matka może być zarówno podporą jak i powodem do zmartwień. Nowy członek drużyny może być sporym wzmocnieniem, ale też utrapieniem dla niektórych jej członów. Nowi ludzie to nowe możliwości i zagrożenia. Posiadają swoje zalety i wady i nigdy nie wiadomo co weźmie górę. Jak w życiu.

Nie mogę wyjść z podziwu jak oddano chemie między bohaterami. O Tami i Ericu już pisałem. Da się to też odczuć na przykładzie innych par. Widać, że Tim i Billy to bracia, nieustannie się kłócą, ale też wspierają się i myślą podobnie. Layla i Tim to dwa przeciwieństwa, ale ich związek został doskonale urzeczywistniony. Tak samo Tyra i Landry. Nie są już tacy mdli jak w poprzedniej serii, teraz są konsekwencje tego związku, a może raczej relacji z pięknym zwieńczeniem pod koniec sezonu. Każda interakcja między bohaterami jest racjonalna, nie ma się wrażenia „ale czemu? przecież to nie powinno się zdarzyć! on by inaczej zareagował! „Wszystko jest przemyślane i nie ma zbędnych scen. Nawet z pozoru mało znacząca rozmowa czy zainteresowanie mogą przynieść konsekwencję w przyszłości. Moimi ulubieńcami są Matt i Jules czyli córka trenera i jego rozgrywający. Wiele przeszli od pierwszego spotkania i teraz w końcu dojrzali do siebie. Ich pojednanie zostało pokazane w cudowny sposób (przepraszam za tyle superlatyw, ale nic nie poradzę że chwalę serial jak mam taką możliwość). Nieznaczne gesty, krępujące rozmowy czy uśmiechy. Ich związek jest czymś normalnym ponieważ do siebie pasują.

Jaki jest wątek sezonu? Taki jak dwóch poprzednich – wygrać mistrzostwo stanu Teksas. I taki zapewne będzie dwóch ostatnich. Oczywiście mecze są emocjonujące, nigdy nie wie się kto wygra bo nasi nie zawsze grają idealnie, nie wiadomo kto zostanie bohaterem i jak zakończy się obecne starcie. Czasem przeszkadzają sędziowie, czasem pogoda, czasem własne słabości. Jednak sport jest tylko tłem, pretekstem żeby zgromadzić tych wszystkich pełnych człowieczeństwa bohaterów. Ktoś kiedyś napisał, że równie dobrze zamiast futbolu mógłby to być serial o drużynie badmintonowej i byłby równie wspaniały. I coś w tym jest. Najważniejsi są tutaj bohaterowie, a nie spektakularna fabuła pełna tajemnicy i zwrotów akcji.

Nie można też zapomnieć o tym niepowtarzalnym klimacie małego miasteczka w Teksasie. Najlepsze jedzenie jest w Applebee’s, a lody i obsługa w Alamo Freez, dobrze się można zabawić w Trzech Senioritach, w klubie ze striptizem tańczy Mindy, od czasu do czasu pojawiają się okazyjne imprezy takie jak rodeo lub koncerty, a byk z niezwykle rozwiniętym porożem przed warsztatem to doskonały pomysł. Znalazło się też miejsce dla garażowej kapeli i częstego widoku gorącego słońca na horyzoncie. Tak czuć, że jest gorące! Wszystko to to jednak nic gdy zbliża się mecz w piątkowy wieczór, wtedy całe miasto pustoszeje i wszyscy żyją futbolem na którym każdy się zna najlepiej. To stadion (i drużyna) jest bijącym sercem miasta ważniejszym od szkoły (z czym nie wszyscy się zgadzają) czy nowego podziału administracyjnego miasteczka. To w okół niego kręci się życie tej społeczności, nawet jeśli niektórzy tego sobie nie życzą to i tak są od niego zależni.

Na koniec tradycja i dobry zwyczaj nakazuje podsumować, ale tutaj nie uważam tego za koniecznie bo ponownie bym musiał pisać jaki ten serial jest cudowny, piękny i wspaniały. Nic na to nie poradzę takie właśnie jest Friday Night Lights. Jeśli jeszcze nie widziałeś serialu to bierz się czym prędzej do nadrabiania. Jeśli jednak zniechęciłeś się po S02 daj jeszcze tej serii szansę. Nie pożałujesz 13 odcinkowej wyprawy do Dillon. Texas forever!

OCENA 5/5

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s