Ramówka CBS 2012/2013

Nowości -Elementary, Friend Me, Golden Boy, Made in Jersey, Parters, Vegas

Powrócą -NCIS, CSI, CSI: NY, 2 Broke Girls, Two and Half Man, Hawaii Five-0, Person of Interest, How I Met Your Mother, The Mentalist, Mike and Molly, NCSI: Los Angeles, Rules of Engagement, The Big Bang Theory, Criminal Minds, Blue Bloods, The Good Wife

Zakończone – CSI: Miami, A Gifted Man, How to Be a Gentleman, NYC 22, Rob, Unforgettable

Zadziwiające. Niby największa stacja, przyciągająca najwięcej widzów do swoich seriali, a ja jak na złość oglądałem zaledwie dwie produkcje w ubiegłym sezonie. Na szczęście żadna nie została anulowana, ale to ja sam musiałem pożegnać się z takim How I Met Your Mother. Serial kiedyś był dobry, śmieszny, zabawny i zaskakujący teraz niestety to powielanie schematów i mało trafne pomysły. Szczególnie cliffhanger tego sezonu, który mnie skutecznie zniechęcił żeby sprawdzić co się stanie dalej. Może potrzebna mi jest przerwa? Kto wie może wrócę do serialu jak pokaże się mityczna matka. Po sezonie udało mi się nadrobić Person of Interest i w sumie jestem zadowolony. Serial nie jest jakiś wybitny, w mojej czołówce z pewnością się nie znajduje, ale to dobre kino akcji z ciekawymi postaciami i zgrabnym scenariuszem. Będę dalej oglądał i ciesze się, że serial ten zgromadza przed telewizorami całkiem sporo ludzi. Wciąż nadrabiam The Good Wife. Już w połowie S01 zostałem oczarowany tymi postaciami i gdyby nie The West Wing i Friday Night Lights pewnie to z Dobrą Żoną romansowałbym wieczorami. NCIS, CSI, The Mentalist, H50 czy Criminal Minds to dla mnie jedno i to samo. Gonimy morderce co tydzień i jakieś dłuższe wątki w tle. Dobre jak usiądę na chwilę przed telewizor, ale do oglądania z tygodnia na tydzień są inne seriale. Nie mówię, że nie wrócę na Hawaje, albo nie sprawdzę co słychać u Patricka Jane’a, ale na pewno nie teraz. Blue Bloods wciąż planuje sprawdzić i pewnie na tym się skończy. Z komedii wciąż muszę zabrać się za The Big Bang Theory. Pierwszy sezon fajny, ale nie na tyle mnie wciągnęło żeby oglądać dalej. Może dlatego, że rozumiem większość tych nerdowskich żartów.

Anulowania CBS przeszły jakoś obok mnie. Żadnego serialu nie widziałem, za żadnym nie mam zamiaru płakać. Cieszę się, że CSI: Miami się skończyło i po 10 latach zrobiło miejsce na jakiś nowoczesny procedural. Unforgettable o dziwo ma jeszcze szansę by przetrwać na innej stacji. Jednak nawet jeśli do tego dojdzie to wciąż nie wzbudzi to mojego zainteresowania.

Elementary – kolejna uwspółcześniona wersja przygód Sherlocka Holmesa. Jeszcze nie było premiery, ale już wiem że serial nawet do pięt nie będzie dorastał Sherlockowi od BBC. Nie znaczy to, że od razu skreślam tą produkcję. Sprawdzę przynajmniej dwa odcinki. Jonny Lee Miller daję radę jako legendarny detektyw, a kobieta o twarzy i ciele Lucy Liu jako Watson to dość oryginalne podejście. Widziałem kilka opinii o scenariuszu i ludzie ogólnie są zadowoleni z niego liczę, że i mi się spodoba. To jednak będzie zależało od tego czy pojawi się jakaś większa intryga, a na to jest potencjał (Moriaty). Zobaczymy we wrześniu.

Friend Me – jeszcze bez pierwszego trailera, ale ja już wiem że mnie to nie interesuje. Kolejna kumpelska komedia tym razem o dwóch przyjaciołach, którzy przeprowadzili się z Indiany do Los Angeles. Stacja chyba też nie wierzy w ten serial bo premiera w midseason, a wszyscy wiemy jak kończą te seriale.

Golden Boy – znowu midseason tym razem o policjancie, który awansuje na detektywa. Nie chce być złym prorokiem, ale tegoroczne NYC 22 zawiodło i tutaj będzie z pewnością podobnie. Jedyne co mnie zachęca to Chi McBride w obsadzie, ale to za mało by poświęcić 40 minut na pilota.

Made in Jersey – po co? Jeden serial prawniczy uznany przez krytyków to za mało i trzeba dołożyć kolejny w innym klimacie? Zupełnie to do mnie nie przemawia. Już sam tytuł zniechęca, a potem jest gorzej. Mimo, że lubię Janet Montgomery i Kyle MacLachlana to nie znalazłem nic w tej zapowiedzi co by mnie przyciągnęło. Wszystko to nazbyt cukierkowe i słodkie, silące się na bajkę o kopciuszku i mało mające wspólnego z rzeczywistością. Premiera w piątek. To chyba wiele mówi o szansach tego serialu na przetrwanie.

Parters – nie mam nic do gejów, ale w serialach ich nie znoszę. Szczególnie w komediach, zawsze to wychodzi przerysowanie i naiwnie. Tutaj jest podobnie. W ogóle nie śmieszna komedia. To już chyba tradycja w tym sezonie. Niby próbuje brać to co najlepsze z Friends i HIMYM (grupa przyjaciół, flashbacki, pary), ale nieudolnie to wychodzi. Jednak mimo wszystko pewnie zdobędzie rzesze fanów dzięki temu, że jest emitowana w poniedziałki o 8.30. Ja jednym z nich na pewno nie zostanę.

Vegas – i na koniec najciekawsza zapowiedź i budząca najwięcej obaw. Dramat gangsterski osadzony w latach ’60 w Las Vegas z imponującą obsadą – Dennis Quaid, Michael Chiklis i Carrie-Anne Moss. Będzie klimatycznie i brutalnie. Oczywiście na ile może sobie pozwolić stacja ogólnodostępna. Boję się tylko o to czy serial nie zostanie za szybko anulowany (jak The Playboy Club). Zapowiada się płynna historia, a takiej widzowie nie lubią. Chyba, że dostaniemy procedural, a tego ja nie lubię. Czekam. Byle do września.

Reklamy

Image of the Day #2

Sam się sobie dziwię, ale ostatnie odcinki True Blood podobają mi się. W przerwie nie tęskniłem za tym serialem, ale po zobaczeniu 5×1 od razu po ukazaniu się kolejnych odcinków od razu zabieram się za nie. O dziwo nie ma na razie męczących wątków, a te najbardziej interesujące dostają najwięcej czasu. Co mnie zdziwiło to, że do tych wątków zaliczam nowe przygody Tary. W końcu ta bohaterka zrobiła się interesująca i nie irytuje tak jak dawniej. I to właśnie sceny z nią były najlepsze w ostatnim epizodzie szczególnie jak radziła sobie w nowej sytuacji i na nowe poznawała świat. Doskonale pokazano działanie jej zmysłów i perfekcyjnie to wyreżyserowano. Oby przez najbliższe 9 odcinków serial nie spuścił z tonu i znowu nie zepsuł Tary.

Alcatraz S01 Tajemnica bez tajemnicy

JJ Abrams to Midas telewizji. Przynajmniej kiedyś, czego się dotknął zamieniało się w złoto. Niestety te czasy minęły chyba bezpowrotnie. Po Felecity, Alias, Lost i Fringe nastały dwie wpadki – Undercovers i właśnie Alcataz. Szykuje się też następna w postaci Revolution. Czemu tak się dzieje? Zapewne z powodu coraz gorętszego romansu Abramsa z kinem oraz tego że obecnie wykłada on kasę na nowe seriale, reklamuje je swoim nazwiskiem i ma tylko symboliczny wpływ na ich rozwój. A szkoda. Bo kto jak kto, ale on potrafi stworzyć nastrój tajemnicy i przywiązanie do bohaterów. Tego wszystkiego zabrakło w Alcatraz mimo, że serial powstał z połączenia Lost, Fringe, Prison Break i Breakout Kings. Wyszła z tego ciężko strawna mieszanka, której nie jestem w stanie polecić nikomu.

Zarys fabularny prezentuje się interesująco – w ’63 roku rząd zamyka Alcatraz, ale prawda jest inna, a cały świat jest okłamywany. Tak na prawdę najgroźniejsi więźniowie i personel zniknęli w tajemniczych okolicznościach. Teraz czyli po niemal 50 latach zaczynają się pojawiać w San Francisco. Kto za tym wszystkim stoi? Jaki jest tego cel? Dzieło przypadku czy geniusza? Tajemnica jest, ale niestety jej urok działa tylko przez kilka pierwszych odcinków. Wraz z upływem czasu powinniśmy się dowiadywać coraz więcej by móc snuć teorię jednak tutaj tego zabrakło. tajemnicze drzwi przewijają się kilkakrotnie żebyśmy o nich nie zapomnieli, jeden z więźniów na którym prowadzone są eksperymenty cały czas jest pokazywany na izbie chorych bo o tym też trzeba pamiętać. W teraźniejszości wszystko jest owiane tajemnicę, nic nikt nie chcę mówić żeby nie zdradzić za dużo, a bohaterowie nie chcą pytać. Nowych puzzli nie ma. Więc co takiego się dzieje przez cały czas? Polowanie na kolejnych więźniów. Alcatraz to zwykły procedural okraszony dozą tajemnicy jednak w przeciwieństwie do opisywanego niedawno przeze mnie Person of Interest tutaj wątki się płynnie nie przeplatają i nie ma się wrażenia że fabułą zmierza w jakimś konkretnym kierunku, głównym motywem budującym zainteresowanie są tanie cliffhangery. Breakout Kings bazowało na podobnym pomyśle tylko bez wątków nadprzyrodzonych i trzeba przyznać, że tamto oglądało się lepiej bo serial nie pretendował żeby być czymś więcej.

Sam proceduralny charakter jeszcze bym był w stanie wybaczyć gdyby bohaterowie byli ciekawi. Niestety to nie jest drugie Fringe gdzie postacie można było już polubić od pierwszego odcinka. Rebecca Madsen przypomina trochę Olivie, pani detektyw przydzielona do specjalnej jednostki. Jednak tutaj podobieństwa się kończą, brakuje jej charyzmy agentki FBI, a Sarah Jones średnio się nadaje by przekonująca zagrać taką postać. Zdecydowanie lepiej prezentowałaby się w jakieś komedii lub lekkim dramacie. Jorge Garcia wciela się w doktora Sato. Jest to kolejny aktor z Zagubionych który ponownie współpracuje z Abramsem w tym roku. O ile Michael Emerson mógł grać tą samą postać bo pasowała ona do konwencji Person of Interest, tak Garcia jest nie na miejscu. I nie chodzi mi tutaj o to jak gra, bo gra na swoim poziomie, tak samo jak w Zagubionych. Po prostu pomysł na jego postać jest nietrafiony. Przypadkowy specjalista od Alcatraz pracujący w sklepie z komiksami poluje na najgroźniejszych przestępców świata? Ma też swojego sidekicka i od czasu do czasu rzuca jakieś nerdowskie uwagi. Jego przeciwieństwem jest twardy agent FBI Emerson Hauser (Sam Neill), który dowodzi jednostką i sam posiada pewną tajemnicę. Jest też Lucy równie tajemnicza co Emerson i chyba najciekawsza postać, której potencjał do końca nie został wykorzystany. Najgorsze w tych postaciach jest to, że nie ma między nimi chemii. Pracują ze sobą bo muszą, nie rozmawiają o sobie, a jak już coś powiedzą to dialogi są strasznie drętwe i przewidywalne. Gdyby jakiś bohater zginął byłoby mi to zupełnie obojętne. Wzruszyłbym tylko rękami i spytał „who cares?”. Już chyba nawet w niechlubnym Undercovers postacie budziły większą sympatię.

Mimo wszystko serial posiada kilka drobnych zalet. Przede wszystkim flashbacki. To co dzieje się w połowie wieku w Alcatraz jest ciekawe. Więźniowie próbują przeżyć, udowodnić że nie są tylko popychadłami, kombinują jak tylko mogą. Naczelnik i jego zastępcą prowadzą niebezpieczną grę i wykorzystują swoich podopiecznych. Tutaj nie ma miejsca dla etyki i moralności. Od czasu do czasu pokażą eksperymenty lub rzucą trochę ziaren tajemnicy z których coś potem może wykiełkować. Nie obraziłbym się gdyby cały serial dział się w przeszłości. Niestety te skoki w czasie negatywnie wpływają na akcję, które jest strasznie rwana przez to. Brakuje tutaj tego wyczucia znanego z Lost. Na plus też trzeba zaliczyć zwyrodnialców z Skały. Snajper, saper, porywacz, złodziej. Może i brzmi to standardowo, ale niemal każdy z przypadków jest okraszony odpowiednią dawką brutalności czyli tak jak powinno być w końcu to najgorsi z najgorszych. Musę też pochwalić osobę odpowiedzialną za casting bo doskonale wybrała tych psycholi m.in. Theo Rossiego znanego z Sons of Anarchy. Niestety pogoń za nimi nie jest emocjonująca. Idziemy z punktu A do B, od jednego miejsca zbrodni do drugiego, sprawdzamy jego przeszłość by w końcu go złapać lub zabić. Niestety nie czuć też, że akcja dzieje się w San Franisco. Za mało charakterystycznych obiektów i pięknych widoczków. Wyjątkiem jest ostatni odcinek gdzie wykorzystano charakterystyczne ukształtowanie terenu miasta i dano nam efektowny pościg znany z wielu filmów akcji choćby z The Rock.

Najlepszym elementem serialu jest muzyka. Wiedziałem jednak że na to nie będę narzekał odkąd zobaczyłem nazwisko kompozytora. Michael Giacchino to uznana marka nie jednokrotnie współpracujący z Abramsem. To właśnie on odpowiada za udźwiękowianie w Lost, Fringe, Alias, Undercovers, Mission Imposible III, Star Trek czy Cloverfield. Mamy tu charakterystyczne niepokojące brzmienia z nutką tajemnicy. Może nie zapadają one w pamięci, ale doskonale budują nastrój.

Największą wadą tego serialu jest to, że był on reklamowany jako mystery drama. Zamiast tego dostaliśmy średnio wykonany procedural z nutką tajemnicy. Największym zarzutem jest jego przewidywalność i naiwność w niektórych kwestiach. Bohaterowie są sztuczni, brak im charyzmy i chemii między nimi do tego wypowiadają oni oczywiste kwestie takie jak „Nie uciekniesz mi!”. Serial mógłby być dobry gdyby te trzynaście odcinków pierwszego sezonu upakowano w pięciu. Chyba nie tylko ja odniosłem takie wrażenie bo oglądalność systematycznie spadała z tygodnia na tydzień co zaowocowało anulowaniem produkcji. Z pewnością nikt nie będzie płakał po tym serialu bo i nie ma po czym. Cliffhanger jest, zakończenia brakuje czyli nie ma co zabierać się za ogląanie. Ja go odradzam z całego serca, już nawet głupiutkie The Event mi się lepiej oglądało bo przynajmniej mieli tam jakiś pomysł. Niech was nie zwiedzie nominacja Critics’ Choice Television dla Najbardziej ekscytującego nowego serialu. Na pewnie nie będziecie z podekscytowaniem przeżywać nowych odcinków. Już chyba lepiej powtórzyć sobie którąś ze starszym produkcji Abramsa, a nóż odkryjecie coś co przeoczyliście podczas pierwszego oglądania.

OCENA 3/10

+ niezłe flashbacki i klimat więzienia

+ ciekawi i brutalni zwyrodnialcy

+ muzyka

– zmarnowany potencjał

– tylko procedural

– bohaterowie

Image of the Day #1

Rozpoczynam nowy (prawie) regularny cykl – Image of the Day. Chyba nie trzeba tłumaczyć co to jest, prawda? Czemu postanowiłem go utworzyć? Żeby się z kimś podzielić olbrzymią galerią obrazków, które robię podczas oglądania seriali. Taki mam nawyk, że lubię utrwalać niektóre sceny i ujęcia. Prawie jak fotograf, hehe. Do tego będzie jeszcze króciutki komentarz. Nie będę się rozpisywać bo w końcu jeden obraz mówi więcej niż tysiąc słów.

Na pierwszy rzut idzie finałowy odcinek Community. Żaden serial nie bawi mnie tak jak ten, a postać Abeda to małe mistrzostwo świata. W tym wydaniu jego zła wersja z najgorszej alternatywnej linii czasu. Uroczo wygląda z kozią bródką.

Person of Interest S01 – Ghost in the machine

Jesteśmy obserwowani. Każdy nasz krok śledzą setki kamer, rząd zbiera dane o naszej aktywności w sieci, wyciągi z kart kredytowych, rozmowy telefoniczne i skrupulatnie rejestruje nasze położenie. Nawet najdrobniejszy szczegół nie umknie wszechpotężnej maszynie. Nieustannie nas szpieguje, a prywatność nie istnieje. Wszystko to w ramach walki z terroryzmem, by nie dopuścić do kolejnego zamachu i powtórki koszmaru z 11 września. Maszyna jednak widzi wszystko, najdrobniejsze sieci powiązań, potrafi przewidzieć  nie tylko akty terroru, ale również morderstwa i śmierci zwykłych obywateli. Rząd jednak uznał je za nieistotne i nie ingeruje w nie. Dlatego działają oni – mściciela Nowego Jorku.

Pomagają potencjalnym ofiarą i walczą o sprawiedliwość w mieście. Jest ich tylko dwoje – Harold Finch i John Reese. Ten pierwszy jest twórcą maszyny. Ma z nią kontakt i dostaje od niej numery ubezpieczeniowe ludzi w potrzebie. Wiele więcej nie wiemy. Jest on skryty, trzyma wszystko w tajemnicy. Jak go określa drugi główny bohater – ekscentryk, ale gdyby nie był tak bogaty to zwykły dziwak. Geniusz komputerowy, znajdzie wszystkich i wszystko jeśli istnieje w formie cyfrowej. Z czasem nawet pracuje w terenie, ale nie radzi sobie tak dobrze jak za biurkiem. Postać ta da się lubić i intryguje za razem. Użycza jej twarzy Michael Emerson czyli nie zapomniany Ben z Losta. I praktycznie mamy tutaj niemal identyczną postać – tajemniczy i pewny siebie. Nie zdradza do końca swoich zamiarów. Nawet styl gry aktorskiej nie został zmieniony, ale to dobrze bo pasuje to do odgrywanej postaci. Drugi z nich to były żołnierz i agent CIA. Zszokowany wydarzeniami z 2001 roku postanawia poświecić życie państwu i nie dopuścić do powtórki. Posiada niezachwiany kompas moralny – pomaga potrzebującym, ale też jest bezwzględny wobec tych którzy dopuszczają się zbrodni. Świetnie wyszkolony, doświadczony przez życie i o wyglądzie Jezusa z Pasji, a raczej Jima Caviezela. Oszczędny w mimice, rzucający od czasu do czasu żartami po których pojawia się uśmiech, ale nigdy nie wybucha śmiechem. Wiecznie opanowany i w garniturze. Jak każdy bohater posiada historię która go przedefiniowała raz czy dwa. Stoczył się, ale też potrafił podnieść. Teraz znalazł nowy sens w życiu i pomaga innym tak jak on tego chcę, nie jest ograniczony przez rząd i robi to co potrafi najlepiej.

W stałej obsadzie jest jeszcze dwójka aktorów, ale działają oni na uboczu, raczej w tle głównych wydarzeń. Na początku nie wiedzą co się dzieje, dopiero z czasem biorą aktywny udział w śledztwach prowadzonych przez główny duet. Sytuacja zmienia się ok. 10 odcinka, ale warto na to czekać bo od tego momentu ci bohaterowie odgrywają coraz większą rolę. Pierwszą z tych postaci jest Lionel Fusco (Kevin Chapman, również parę odcinków Lost) skorumpowany glina, który jest zmuszony przez Reesa zostać jego wtyczką w policji. Raczej mało rozgarnięty, typowy detektyw widziany w wielu produkcjach. Jak się potem okazuje nie jest on wcale taki zły, ma syna o którego dba i w gruncie rzeczy gdyby nie kilka złych wyborów które podjął mógłby być zasłużonym detektywem i chlubą Nowojorskiej policji. Oczywiście dzięki kolejnym sprawą wszystko to co dobre w nim się uwypukla i odgrywa on nie małą rolę w zniszczeniu pewnej mafii. Standard. Jest również pani detektyw Joss Carter. Wzorowy glina, również posiadająca potomka i nowa partnerka Fusco. Wie co jest dobre, a co złe, nie toleruje samozwańczych stróży prawa, uważa ich za zagrożenie i dlatego ściga tajemniczego człowieka w garniturze. Nie będzie wielkim spoilerem jeśli napiszę, że z czasem zacznie mu pomagać mimo że do końca nie zaufa mu. Ciekawie też wypada sprawa z jej parterem – obaj pracują do Reesa, ale nie mają o sobie pojęcia co prowadzi do ciekawego napięcia między nimi. Carter jest odgrywana przez Tarajie Hensone. Tak jak Emerson i Chapman nie są to piękni ludzie z okładek kolorowych magazynów. Grać za to potrafią i to jest przecież najważniejsze. Hensone niedawno została nominowana do Oscara za drugoplanowa rolę w Ciekawym przypadku Benjamina Buttona, Emerson zdobył dwie statuetki Emmy, a Caviezel został doceniony za rolę w Pasji i The Prisoner przez co ugruntował swoją pozycję na aktorskim gruncie.

Person of Interest jest proceduralem. Nowoczesnym, ale proceduralem co trzeba głośno napisać. W końcu stacja CBS robi produkcje tylko tego typu. Czy to dobrze czy źle nie wiem, to zależy od odbiorcy, ale czujcie się ostrzeżeni. To nie jest serial dla każdego. Co tydzień dostajemy nowy numer, którym nasi bohaterowie muszą się zająć (nie wiedzą tylko czy jest to sprawca czy ofiara), tak jak w CSI czy NCIS – nowy odcinek to nowa sprawa. Jednak mamy XXI wiek i to już widzom nie wystarcza. Praktycznie w każdym odcinku  pojawia się któryś z powracających wątków – polowanie Carter, tajemniczy Elias przejmujący władzę w półświatku NY, praca Fusco pod przykrywką, odkrywanie tajemnicy maszyny wraz z przeszłością Fincha lub Johna, śledztwo CIA czy śledztwo FBI. Jest tego trochę. Jakby tego było mało dostajemy również flashbacki (by pokazać rok przesuwamy się po linii czasu, a nie dostajemy zwykły napis dajmy na to 2007), odkrywające przeszłość bohaterów. Są też postacie powracające – Zoe Morgan czyli jeden z poprzednich numerów, partnerka Reesa w flashbacków z pracy w CIA, tajemnicza hakerka Root czy wszelkiej maści detektywni, policjanci, agenci lub też rodzina i przyjaciele. Jest tego dużo przez co mamy wrażenie ciągłości historii. Niestety nie jest tak różowa. Większość tych wątków w S01 została tylko zaczęta i praktycznie nie ruszyła z miejsca. Również z powodu ich tak dużego nagromadzenia jest pewien chaos. Raz wraca do Johna przeszłość z CIA, ba w następnym odcinku porzucić ten wątek, dostać zapychacz, a następnie dowiedzieć się czegoś o Finchu. Za bardzo to wszystko rozwleczone, brak wrażenie ciągłości. Liczę, że zostanie to poprawione w przeszłości. Nie zrozumcie mnie źle, jestem zwolennikiem tajemnicy w serialach, porzucenia wątków by widz mógł pokombinować co dalej z tego może wyjść, ale tutaj mamy za mało informacji do tego. Zdecydowanie lepiej by wyglądały kilkuodcinkowe historie, kończone cliffhangerem i potem skakanie między nimi. Ostatnio w Nikicie czy dawniej w 24 idealnie to działało. Brakuje mi też więcej głównych bohaterów, w szczególności postaci kobiecych. Cztery osoby w stałej obsadzie to za mało. Liczę, że kolejny sezon przyniesie zmianę co wprowadzi trochę dynamiki do już utartych interakcji.

Do odcinków nie można się wiele przyczepić. Scenarzyści próbują nas zaskakiwać, a ogromnym plusem jest to że nigdy nie wiadomo czy wylosowany numer jest ofiarą czy sprawcą. Przeważnie jednak jest tak, że im bardziej wygląda na ofiarę okazuje się, że to potem jego będzie trzeba gonić. Jednak kilka razy jesteśmy pozytywnie zaskoczeni. Praktycznie co odcinek John śledzi numerek, a Finch informuje go o tym co nowego odkrył i co się dzieje. Dla tego też najciekawsze epizody to te które łamią ten schemat np. uwiezienie w budynku opanowanym przez gang, ochrona dziecka, kradzież tożsamości czy praca pod przykrywką w grupie przestępczej. Co ciekawe trafił się nam nawet polski odcinek z mafią pruszkowską. Wszystko to zostało okraszone całkiem niezłymi występami gościnnymi. Pozwolę sobie na wyliczankę – Natalie Zea (Justifed), William Sadler (m.in. Roswell), Brett Cullen (Goodwin z Lost), Ruben Santiago-Hudson (Castle), David Costabile (Gale z Braeking Bad), Michael Cerveris(Septemper z Fringe), Tim Guinee (choćby Stargate), Enrico Colantoni (Veronica Mars) czy Enver Gjokaj (Dollhouse). I to tylko z pierwszych siedmiu odcinków! Mam olbrzymią frajdę oglądając znanych mi serialowych aktorów w innych dla nich rolach. Mógłbym tak jeszcze wymieniać, ale pozwolę sobie tylko na najważniejsze z mojej perspektywy nazwiska – Dale, Margolis, Regan, Zays i moja ukochana Amy Acker.

Aktorzy drugoplanowi to nie wszystko co przykuwa w odcinkach. Jest też akcja. Sporo jej, dynamiczne i brutalne walki, w stylu Jasona Bourne’a z masą dźwigni, nie spektakularne i efektowne, ale skuteczne w swojej prostocie. Mamy też dużo strzelania, głównie w kończyny bo przecież bohater ma swoje zasady, i wybuchów. Nie raz samochód wyleci spektakularnie w powietrze. Czasem to trochę przerysowane i komiksowe (ba nawet jest odniesienie do tego w samych serialu), ale dające masę radochy. Co ważne John nie posługuje się cały czas jednym pistoletem czy karabinem, a często zmienia arsenał w zależności od potrzeb. Strzelba, snajperka czy granatnik. Różnorodność jest przez co nie możemy narzekać na nudę.

Muszę też pochwalić styl serialu. Nie jest to kolejna lekka produkcja z kolorowym miastem i dowcipami rzucanymi co scenę. Nowy Jork nie zachwyca nas pięknymi widokami i poetyckim przedstawieniem jak to ma miejsce np. w White Collar lub Castle. Tutaj sprawia on wrażenie miasta okrutnego, majestatyczny chłód tak bym to ładnie nazwał. Mamy brudne uliczki i podejrzane speluny. Korupcja jest wszechobecne, a my mamy wrażenie, że to nie politycy i stróże prawa rządzą miastem tylko gangsterzy. Dla podkreślenie chłodu i obojętności i tym samym uwydatnienia nieustannego wzroku maszyny mamy widoki z wszelkiej maści kamer obserwujących obywateli. Wielki Brat czuwa w wielkimi niegościnnym mieście. Miasto jest kolejnym bohaterem serialu. Poznajemy kto nim rządzi, niebezpieczne dzielnice i i bohaterów którzy próbują w nim przetrwać. Skoro mówię o stylu to wspomnę o producentach którzy odcisnęli piętno na serialu – Abrams i Nolan. Dzięki JJ mamy wrażenie wielkiej konspiracji, wszechobecnej tajemny i tej odrobinki sci-fi. Jonathan funduje nam realizm Mrocznego Rycerza zarówno w formie jak i treści. Te dwie koncepcje idealnie do siebie pasują.

Autorem ścieżko dźwiękowej jest Ramin Djawadi, który nam na swoim koncie score do Prison Break czy ostatnio odwala rzemieślniczą robotę w Game of Thrones. Tutaj jednak nie mam mu nic do zarzucenia. Muzyka idealnie oddaje nastrój, dokładnie pasuje do tego co dzieje się na ekranie. Elektroniczne dźwięki pasuję do chłodnej stylistyki serialu i motywu maszyny. Do tego jeszcze można usłyszeć kilka znanych i dobrych kawałków jak I’am Afraid of Americans Davida Bowie czy kilka numerów Massive Attack.

Serial zakończył się cliffhangerem. Niespodziewanym, ale nie zmieniającym całego serialu. Zapewne po pilotowym odcinku S02 wszystko wróci do status quo z poprzedniego sezonu. Nie zmienia to jednak faktu, że chcę zobaczyć dalszy ciąg tej historii. Liczę jedynie na poprawę. Na razie serial jest dobry. Nie mogę się przyczepić do tego co jest, większość zarzutów tyczy się tego czego nie ma. Trochę nie rozumiem tych zachwtów jakoby był to najlepszy serial tego roku. Jest dobrze, ale bez rewelacji. Revenge o wiele bardziej mnie wciągnęło. Tutaj brakuje mi ciągłości historii i większej ilości informacji dzięki którym można by pogłówkować co się wydarzy za ileś tam epizodów.

OCENA – 7/10.

Continuum S01E01 A Stitch in Time

Continuum to nowy serial kanadyjskiej stacji Showcase. Normalnie nie brałbym się za oglądanie nowej produkcji, ale że są wakacje i brakuje mi sci-fi w telewizji postanowiłem dać szanse tej produkcji. I w sumie jestem z tej decyzji zadowolony. Serial może i nie jest jakiś wspaniały, ale na podstawie pilota mam wrażenie, że szykuje się dziesięć godzin porządnej przygody mimo tego, że sam pomysł nie jest jakiś rewolucyjny. Najkrócej można go podsumować wyświechtanym sloganem „Fight for the future”, który już nie raz przejawiał się w serialach czy filmach. Tutaj główną bohaterką jest policjanta która wraz z grupą skazanych na śmierć terrorystów cofa się w czasie o sześćdziesiąt lat, a następnie zaczyna na nich polować przy asyście pewnego hakera. Prawda, że proste? No nie do końca bo pierwszy odcinek miał kilka elementów, które mnie mocno zaintrygowały.

Przede wszystkim elementy fantastyczne. Efekciarska technologia, która wg. serialowej mitologii dopiero raczkuje, w rękach głównej bohaterki jest śmiercionośnym narzędziem. Mundur z opcją kamuflażu, kamizelki kuloodpornej czy posiadający możliwość generowania impulsu elektrycznego. Kamerki wbudowane w oczy, nowoczesna technologia komunikacyjna czy serum prawdy. A to przecież dopiero pierwszy odcinek i z pewnością gadżety z 2077 roku jeszcze nie raz nas zadziwią. Jest też „wehikuł czasu”. Sama podróż zgrabnie wykonana, ale też nie próbowano jej naukowo wytłumaczyć. W pewnym momencie nawet serial puszcza do nas oko mówiąc, że jest kilka teorii o podróżach – że nie możemy nic zmienić lub że nasze działania wpłyną na oś czasu. Do tego jeszcze finałowy zwrot akcji (który jest do przewidzenia) jeszcze bardziej wszystko gmatwa i pozostawia nas z pytaniem: czy to wszystko zostało zaplanowane, dzieło przypadku, a może battlestarowa boska interwencja?

Najbardziej w tym serialu obawiam się tego, że dostaniemy procedural. Jeden odcinek = jeden terrorysta. Jednak na szczęście wszystko wskazuje na to, że tak nie będzie. I dobrze bo to z pewnością położyłoby to cały serial. Mamy dziesięć odcinków i w ich obrębie można przedstawić interesującą historię. Alcatraz w tym przypadku właśnie zawiódł – pomysł był podobny – więźniowie i podróże w czasie (tylko w drugą stronę), ale serial za bardzo chciał być następcą Lost. Widz zadawał pytanie i nie uzyskiwał żadnych odpowiedzi, a bohaterowie zamiast skupić się na istotnych sprawach latali za zbiegami bo przecież tylko oni w całym kraju mogli ich powstrzymać… Tutaj tego nie powinno być bo nie dość, że potencjalnych spraw jest mniej to jeszcze tutaj ci źli działają w sposób zorganizowany, w grupie i raczej ciężko byłoby ich wyłapać pojedynczo. Do tego jeszcze nie boją się zagrać agresywnie, a ich pojawienie się już wpłynęło na krajobraz miasta. Potencjał w historii jest i liczę, że nie zostanie zmarnowany.

Co najważniejsze postacie w serialu nie są nudne. Może Kiera, funkcjonariuszka z przyszłości, ma przez większość odcinka zbolalą minę, ale widz czuje do niej sympatie. Nie dlatego, że jest twardą policjantką będącą w stanie poświęcić życie, a dlatego że znalazła się w zupełnie nowym świecie. Jest zagubiona i do końca sobie nie radzi. Co ciekawe w przyszłości zostawiła męża i dziecko. Dziecko! Rzadko kiedy zdarza się, że główną bohaterką jest matka, a do tego odcięta od swojego potomstwa. Ciesze się ogromnie bo nie powinno być sztucznych wątków romantycznych i rozterek czy kocham tego czy tamtego. Będzie za to determinacja. Pierw w poszukiwaniu złoczyńców, a potem albo w międzyczasie próba znalezienia sposobu na powrót do domu. Powinno też być pogodzenie się z nową sytuacją, ale też wspomnienia utraconego domu. Ogromnie jestem ciekaw jak twórcy sobie z tym poradzą i trzymam za nich kciuki.

O pozostałych bohaterach nie można na razie wiele powiedzieć. Policjant wygląda na służbistę i może zacząć się podkochiwać w Kierze. Nie obraziłbym się gdyby zginał w jakiś dramatyczny sposób. Hakerek czyli Alec Sadler jest kimś znaczącym dla przyszłości. Przez większość odcinka był pokazywany przed komputerami i podczas rozmowy z przybyszką z przyszłości, ale już można sobie wyrobić o nim zdanie. Na pewno ma wprowadzać do serialu element humorystyczny co się udaje. Co ciekawe szykuje się też jakieś backstory związane z jego rodziną. Oby tylko miało to istotny wpływ na cały serial.

Równie istotna jest druga strona barykady czyli ci źli. Tylko czy na pewno tacy źli? Owszem posługują się okrutnymi metodami, część z nich to z pewnością psycho i socjopaci, ale jak to się mówi cel uświęca środki, a celem grupy Liber8 jest, a jakże wolność. Bo świat przyszłości nie jest wyśnioną utopią. Na razie nie wiemy o nim wiele, ale kilka faktów można już wyłuska – państwami rządzą korporację, albo raczej państwa zostały przez nie zastąpione. Wolność jest luksusem który nie jest dostępny dla wszystkich. Prawa obywatelskie są organiczne, a Protektorzy (ichniejsza policja) posługuje się brutalnymi metodami. Wszystko też jest monitorowane. Jak widać przyszłość nie będzie taka kolorowa. Dlatego działają oni, wojownicy o przyszłość. Z pewnością ich lider (Tony Amendola czyli Bra’tac z Stargate gdzie też stawiał opór tyranii) ma jak najczystsze intencję. Możliwe, że w dalszych odcinkach będzie ten temat często pruszany. Pytanie też co zrobi nasza bohaterka czy po jakimś czasie zmieni stronę i na podstawie naszego świata zobaczy co traci w przyszłości? A może stwierdzi, że u niej było lepiej bo wszystko było uporządkowane, a teraz jest chaos i za duża inwidualność.

Szczerze mówiąc nie sądziłem, że aż tyle wystukam o tym serialu, ale to dobrze. Znaczy to, że nie jest mi on obojętny i autentycznie interesuje się tym co się dzieje i ma wydarzyć. Główne postacie nie są mi obojętnie chcę poznać ich historię. Nie zapowiada się, że będzie to drugie Alcatraz gdzie już po dwóch pierwszych odcinkach nie obchodziło mnie czy bohaterowie zginą śmiercią brutalną czy będą żyli długo i szczęśliwie. Tutaj kibicuje Kierze, chcę żeby wróciła do domu, chcę dowiedzieć się więcej o bojownikach o wolność, chcę zobaczyć jak rozwiały się korporację i jak rozkwitła firma Sadtech. Po prostu chcę zobaczyć następny odcinek i dowiedzieć jak skończy się ta historia.

Hyde Park #7

Sesja sesją, ale seriale oglądać trzeba. Prawda że piękna sentencja? I jakże prawdziwa. Mimo widma zbliżającego się egzaminu obejrzałem więcej odcinków niż w przeciętnym tygodniu. I zamiast urozmaicenia skupiłem się na dwóch produkcjach. Pierw błyskawicznie skończyłem S01 The West Wing. Ostatnie cztery odcinki i dwa premierowe zleciały błyskawicznie. Dawno mnie tak serial nie wciągnął, a każdy odcinek kończył się z myślą „chcę więcej!”. A wszystko to dzięki niezwykle efektownym dialogom i postacią, których po prostu nie sposób nie pokochać. Może i serial jest amerykański z flagą powiewającą na wietrze, ale to jak jest zrobiony zasługuje na uwagę. Szczególnie jak działania zmierzają do jakiegoś konkretnego celu. Polecam mimo tego, że serial jest z minionego tysiąclecia. Kolejnym pożeraczem czasu jest Revenge. Serial przeszedł u mnie długą drogę – od typowej obojętności do zakochania się po uszy czego się absolutnie nie spodziewałem. Już pilot był zachęcający z potencjałem na mroczną historię. Potem przyszła chwila zwątpienie, że mamy procedural i jeden odcinek = jedna ofiara, ale nic mylnego. Po paru odcinkach nadszedł czas na reperkusję trwającej zemsty, wszystko coraz bardziej się komplikowała i teraz pierwotny plan nie jest już taki łatwy do zrealizowania. Do tego jestem zafascynowany główną bohaterką. Słodka, ale za uśmiechami skrywa swoją drapieżną naturę. Szczególnie ciekawie wypada odkrywanie jej przeszłości. Wart odnotowanie jest też koniec drugiego sezonu Game of Thrones. Ludzie mówią, że był słabszy od poprzedniego. Ja natomiast dostałem kolejną dawkę tego co chciałem z epickim Blackwater na czele. Jak na telewizję, ba nawet jak na film, wyszło to przednio. Może i brakuje w tym wszystkich szerokich plenerów, ale nie ma co narzekać bo ten serial skupia się na bohaterach i tego właśnie od niego wymagam – dalszej eksploracji postaci i jak najczęstszego odchodzenia od książki.

Już niedługo początek E3. Niby mają to być najsłabsze targi od wielu lat, ale i tak zapowiada się najgorętszy okres w roku dla branży gier obok Bożego Narodzenia. Zapowiedzi będzie mało, ale ja liczę na pokaźną dawkę zwiastunów. Po obejrzeniu zapowiedzi nowego Tomb Raidera stwierdzam, że chcę to mieć. Brudno, mrocznie, filmowo i klimatycznie. Historia zatoczyła koło i teraz to Lara czerpie inspiracje od Uncharted. Dawnguard czyli DLC do Skyrim narobiło smaka. Trochę szkoda, że znowu eksploatowany jest temat wampirów, ale takie czasy. Ja jednak poczekam na jakieś Game of the Year i zakupie sobie edycję ze wszystkimi dodatkami. TES Online mnie nie jara. Za dużo jest MMO na rynku, a ja nie mam ochoty wydawać co miesiąc pieniędzy na grę w którą pogram raptem parę godzin tygodniowo. Nie mówiąc już o tym że wolałbym poświęcić ten czas na singlowe historię. A z tych koniecznie muszę sprawdzić nową Castlevanie. Szkoda tylko, że nie wyszła edycja z dodatkami. Strasznie mnie irytuje, że muszę jeszcze dopłacać żeby dostać pełną grę. Już wolę poczekać ten rok i dostać kompletny produkt niż wybrakowany tytuł.